środa, 5 sierpnia 2015

Chapter XV - Thomas

Stawiam powolne kroki, patrząc na chodnik. Droga zdaje się zajmować wieczność, którą nagle przerywa Aiko, poklepując mnie po plecach.
-Co ty taki cichy? - pyta tym tonem. - Chodź, wrócimy do domku, zaparzę ci herbatki.
Wzdycham lekko i przewracam oczami. Nie wiem, dlaczego nie mam nastroju do rozmowy. Co prawda, za chwilę piąta, więc herbatą nie pogardzę. Mmm, taką czarną z mlekiem na pewno nie pogardzę.
Unoszę głowę i mijam już napis Covent Garden Comedy Point, co oznacza, że za tym budynkiem znajduje się nasz blok. Kiedy znajdujemy się już pod klatką, Aiko otwiera kluczem drzwi i wspinamy się po schodach. Nie chcę nic mówić, ale wspinaczka na piąte piętro męczy nas obu. Mogliby w końcu jakąś windę zrobić, mogę się nawet dołożyć, tylko proszę, winda.
Zmęczony otwieram wrota do miejsca odpoczynku. Ledwo dysząc prawie wywalam się w ramie, wchodząc do mieszkania.
-Ale masz słaba kondycję. - 'pociesza' mnie Aiko. - No dobra, ja też.
Nie zwracając na nią uwagi, szybko przenoszę się na moje wygodne łóżko i zatapiam się w cieplutkiej, szarej pierzynce.

*** 
-POBUDECZKA, KOOTECZKUU! - krzyczy mi ktoś do ucha, wywalając mnie brutalnie ze wspaniałego, magicznego snu o tym, jak razem z Aiko poszliśmy do przedszkola i się rozbeczałem. Starych, głupich wspomnień prawie nigdy się nie zapomina.
-Alex? - pytam, oddychając go lekko od siebie, nieprzytomny.
-Łohoho, nasza śpiąca królewna się przebudziła! - krzyczy, ale już jakby do kogoś w innnym pomieszczeniu. - Wiem, że ta pierzyna jest bardzo pociągająca, ale patrz! Śnieg spadł!
Faktycznie. Gdy spoglądam za okno, widzę jak śnieżyca atakuje nasz park. Drzewa są już białe, podobnie jak zasypane ławki. Śnieg w marcu, łohoho, to poszaleli.
-Dobra, dobra, już wstaję.
Przewracam oczami i łapię wystawioną rękę Alexa. Przez chwilę nie ustaję na nogach i upadamy razem.
-Też cię kocham. - mówi żartobliwie.
Podnosimy się i idziemy do salonu, gdzie siedzi już Aiko, Bertie i Lauren. Przy każdym siedzeniu jest śliczna zastawa; filiżanka, talerzyk i łyżeczka w ten sam wzór. Błękitne kwiaty, trochę jakby owijające talerze i filiżanki.Przecieram oczy, kiedy Alex poklepuje mnie po plecach. Ziewam i zasiadam obok młodszej siostry.
-Tom, wyglądasz jak szatan. - mówi Alex. - Ułożę ci je.
Grzebie w moich włosach, a ja rozglądam się po wszystkich w pomieszczeniu. Aiko i Bertie wyglądają trochę jak jacyś zatroskani rodzice, którzy mają zamiar mi coś ważnego powiedzieć, a Lauren patrzy na mnie z równą troską. Kurde, kto tym razem się pobiera albo jest w ciąży?
-No dobra, nie zawsze wszyscy zbierają się rodzinnie, to prawda - przerywam w sumie dosyć przyjemną ciszę. - Ale powiecie w końcu, o co chodzi?
-Czekaj, draniu, warkocza ci robię - mówi Alex, nadal eksperymentując z moimi (krótkimi, heloł?) włosami.
-Alex, proszę cię - zgania go Bertie. - Usiądź z nami.
Siada za przeciwko mnie i zakłada na siebie ręce. Uśmiecha się do mnie łobuzersko. Spoglądam jeszcze raz na pijącą czarną herbatę Lauren i patrzę pytającym wzrokiem na Aiko.
-Tommy, musimy poważnie porozmawiać, masz rację. - zaczyna monolog. - Zaprosiliśmy was tutaj właśnie po to.
Nie no, fajnie, że dostałem zaproszenie do własnego domu.
-No jasne, że musimy. - podkreśla Alex. - Tommy zrywa z moją siostrą, bo zabujał się w mojej 'szefowej' Kurdebele, fakt. Trzeba z nim poważnie porozmawiać.
Ale chwila, ja nie znam jego szefowej. Serio, kto jest jego 'szefową'? Oblatuję go pytającym wzrokiem, dopóki nie przewraca oczami i wzdycha.
-Słodki Jezu, jesteś najbardziej wolnomyślącą osobą, jaką znam.
-Alex, nie teraz, potem... - przerywa mu na daremno Aiko.
-Nie powiesz mi przecież, że nie podoba ci się nasza supi pani ginekolog, chłopie. Nie znosisz kłamstw, wiem o tym.
Zaraz, zaraz... On mówi o Claire? Przecież 1. Claire nie jest jego szefową, 2. Jakim cudem ona mogłaby mi się podobać, heloł. Jest ode mnie starsza i w ogóle, ale to w ogóle nie jest do mnie podobna. To już z Ib mam więcej wspólnego.
-Nie chcę być nieuprzejmy, ale nie wiem o co ci chodzi.
Przez chwilę panuje cisza, a potem praktycznie wszyscy - razem z Bertiem i Lauren, bo Alexa i Aiko dało się przewidzieć - wybuchają cichszym lub głośniejszym śmiechem. Alex poklepuje się po brzuchu i umiera ze swojej daunowatości. Pierwsza uspokaja się Lauren, która jest w tym chorym towarzystwie jeszcze najnormalniejsza. Ale tak odbiegając od tematu, to nie podobają mi się ten jej nowy kolor włosów. Mam wrażenie, że robi się na mnie.
-Tom, Alex nie chciał nic przez to powiedzieć.
-A WŁAŚNIE, ŻE CHCIAŁEM! - mówi głośno Alex. - CHCIAŁEM POWIEDZIEĆ, ŻE THOMAS *drugie imie w przygotowaniu* BUTTERFIELD...
-ALEX, DOSYĆ TEGO. - krzyczy rozzłoszczona Aiko. - Nie chcę mieć takiego hałasu w moim mieszkaniu!
Taa, jasne, a jak jesteśmy sami to wyciąga swoje głośniki i nie da się na niczym skupić. W sumie, cała Aiko. Typowa siostra. 
Popijam łyczek herbaty. Mmm, uwielbiam. Przez chwilę rozkoszuję się jej smakiem, a potem elegancko odkładam filiżankę i przygotowuję się do zatwierdzenie mojej jakże ciętej rajposty.
-Ekhem. A nawet jeśli ona mi się podoba, to sugeruje to człowiek, który od wieków jest zakochany w mojej siostrze ale nie ma odwagi jej tego powiedzieć, bo jest takim nieśmiałkiem.    
Alex natychmiast czerwieni się na maksa. Zasłania twarz dłońmi i widać, że unika wzroku Lauren, która najwyraźniej nic nie czai, albo czai, tylko udaje, że nie czai. Chociaż szczerze nie wierzę, że jest tak dobrą aktorką. 
-No nieważne, zakończmy ten temat. - mówi już normalnym tonem moja siostra. - Tommy, powiedziałam Bertiemu i Alexowi, że chcesz zerwać z Ib.
Ło cholera. To mam przewalone, tak dosłownie. 
Nie, ale serio się trochę boję, że będę teraz jakąś czarną owcą w rodzinie, albo coś. Faktycznie, trochę głupio. Znaczy, głupio zrywać z siostrą narzeczonego twojej siostry, szczególnie, kiedy jest zakochana w tobie po uszy.
-Przepraszam najmocniej - zaczynam, starając się o jak najlepszy układ. - ale...Isabelle nie jest niestety w moim typie.
-Ależ nie, nie o to chodzi. - zaprzecza ku mojemu zdziwieniu Aiko. - Biega o coś innego.
Podnoszę brwi ze zdziwienia. Nie spodziewałem się takiej reakcji.
- Myślimy - zaczyna Bertie. - że do końca miesiąca Aiko wyprowadziłaby się do mnie.
Zamurowało mnie w tej chwili. Nie  mogę zakodować tego, że w tym roku, już niedługo, moja siostra bierze ślub, a teraz się dowiaduję, że za parę, no, może parenaście dni wyprowadza się z domu, w krórym mieszkaliśmy od ukończenia pełnoletności.
-Tom, proszę, nie miej mi tego za złe. Dlatego, jeżeli byś chciał, Alex albo Lauren mogliby się wprowadzić. Dlatego tu dzisiaj są.
-Nie chcemy, żebyś czuł się samotny.
Szczerze, zawsze myślałem, że znowu mi kogoś znajdą 'do towarzystwa', więc zdziwiony nie jestem. Jednak nie śpieszy mi się do kolejnego współlokatora. Aiko mi wystarczała. I nie sądzę też, żebym znalazł kogoś, z kim mógłbym spędzić jako para resztę życia,chociaż to już teraz ode mnie nie zależy.
-W porządku. Nie ma sprawy. Nie muszę mieć współlokatora.
-Tom, wiesz co? - mówi płaczliwym głosem Alex. - A myślałem, że już zawsze będę mógł cię tak brutalnie budzić.
Mimowolnie śmieję się fałszywo.
-Jeśli to wszystko, to w takim razie odprowadzę was i wezmę pocztę.
Bertie i Aiko kiwają głowami, a ja wstaję razem ze wszystkimi. Szybkie pożegniania, całuski, jak to u nas. 
-Do zobaczenia. - mówię na pożegnanie Lauren, Alexowi i Bertiemu. Odmachują mi, a ja idę do skrzynki pocztowej. Otwieram kluczykiem i... no nic ciekawego bym powiedział. Jedyne, co tam jest to kilka ulotek z pizzeri i sklepów odzieżowych z kuponami na zakupy i jakiś podarty list. Patrzę na adresata, którego ledwo widać; Aiko Butterfield. List jest praktycznie cały otwarty, więc moja ciekawość zwyciężyła. Nie robię tak często, ale cóż. Wybaczy mi, nie? 
'Namierzyliśmy już szafir. Wiemy, kto go ma i postaramy sie przywieść go we wtorek bądź środę, gdyż może zająć drobinę samo zdobycie pierścienia. 
                                                  T.L.B.'
Przepraszam, co? "T.L.B"? Co to w ogóle za treść? Pierścień? I dlaczego ja o niczym nie wiem.
Wdrapuję się ponownie po schodach i wpadam z powrotem do mieszkania. Nie jestem pewien, czy powinienem mówić Aiko o tym liście. Może lepiej, żeby nic nie wiedziała? Ale skoro to do niej...
-THOMAS! - krzyczy Aiko, kiedy z bara wjeżdżam do jej pokoju, a ona akurat przebiera swoje spodnie.
-Oj, sorry. Poczta d-do ciebie będzie na stole.
Kiwa pospiesznie głową. Wracam do swojego pokoju. Może lepiej jednak, żebym zachowywał się tak, jakbym nic nie wiedział.

Od autorki:

Joł madafaka madasa! 
Na początek chcę pozdrowić moją kochaną mistrzynię Teme-chan i powiedzieć, że ma wracać na bloga. Bo się stęskniłam. Teme ma najlepsze recenzje eva. Reszta loffkuf na inny dzień.
Dzisiaj krótko i na temat.
Zabijcie mnie, nawet nie wiem ile minęło od ostatniego rozdziału. Najmocniej przepraszam, poprawię się.
Ale udało się przed rokiem szkolnym! Jupi! A ja już mam plany na bloga do końca tego roku! Ale bedzie speszali! 
Ogólnie tera jest 01:55, a ja jak ostatni derp po ciemku dopisuję ten fragment. Wiem, debil ze mnie, no ale czego nie robi się dla wpisu w odpowiednim momencie.
Seriale, filmy, książki i opowiadania. Kurde, jeszcze dojdzie nauka. Co to ma być.
Postaram się nadrobić zaległości, puki mam czas. Huehue, czyli w ogóle. Nie no żart. 
Ale i tak BOBEL dla mnie za zorganizowanie i punktualność.
Wasza of kors foreva,
Alayne ||

czwartek, 9 lipca 2015

Chapter XIV - Claire

-Jak się w ogóle czujesz? - pyta.
Wzruszam ramionami i przewracam się na lewy bok.
-A wiesz co - mówię podejrzliwie. - ty mi najpierw powiedz, po co - a może dlaczego - tu przyszedłeś. Nie żeby coś, dzięki za troskę, ale no wiesz.
Widzę, jak się lekko rumieni. Zasłania twarz dłonią i odchrząkuje. Speszył się Nieśmiałek jeden. Uwielbiam peszyć ludzi. Ach, polecam. Daje satysfakcję.
Ale coś się nagle zmienia. Thomas prostuje się i wypina dumnie pierś. Wytrzeszczam oczy i podnoszę zdumione brwi.
-Not all girls are just like you. - mówi, naśladując głos Jona Snowa. - Kissed by fire*.
Uśmiecham się. Nie wiedziałam, że Aiko pozwala mu oglądać takie mocne seriale. Haha, to przecież takie "dorosłe". Byłam pewna, że Sherlock to już szczyt.
W tym momencie na oddział wbiega Aiko, a za nią jej narzeczony. Po jaką cholerę przyszła cała gromada...? To tylko moja pacjentka. No, i jej brat, i jej chłopak... Po co...?
Aiko jest ubrana w tą samą, wielką, bordową bluzę, jaką miała, kiedy mnie odwiedziła w gabinecie i czarne, lekko wydarte getry. Nosi ciemnoczerwone półtrampki, a ich sznurówki ma dziwnie obwiązane wokół butów. Jej długie, białe jak śnieg włosy upięła są w prostego, wygodnego warkocza i wygląda na zaaferowaną. Obo niej stoi Bertie, który odgarnia z twarzy swoje ciemne włosy, a na sobie ma jedynie bluzkę z krótkim rękawem z napisem i jeansy oraz czarne trampki. Pociąga nosem.
-Claire! - krzyczy ciężarna.
-Aiko, ciszej. To OIOM, dostanę opieprz jak będziemy tak głośno. - wyjaśniam. - I tak, miewam się dobrze.
Oddycha z ulgą. Wcześniej o tym nie myślałam, ale... Kiedy tylko coś mi się stanie, oni od razu przyjeżdżają... Może znaliśmy się kiedyś, a ja po prostu tego nie pamiętam....?
Szczerze mówiąc, nigdy nie przeszło mi to przez myśl, ale teraz dostałam olśnienia. Kiedy leżę na oddziale intensywnej terapii, przychodzi to mnie jedna z moich pacjentek. Ale nie tylko ona sama, zawsze przywlecze ze sobą swojego brata, a czasami i przyszłego męża. Lekarzem jestem od dosyć dawna, i nie wiem, ile kobiet już wyleczyłam, ale taka sytuacja nigdy, ale to przenigdy mi się nie zdarzyła.
Co prawda, nie narzekam na ich towarzystwo. Do tej pory byłam sama, ale to w sumie też mi nie przeszkadzało. Jestem na tyle niezależna, że mając ich przy sobie czuję się tak jakoś... troszkę dziwnie. Są inni, ale mimo to mnie rozumieją. Aiko to miła i przebojowa, młoda kobieta, czyli praktycznie przeciwieństwo mnie, ale mimo to dogadujemy się. Thomas jest... Hmm, szczerze, nie wiem o nim za dużo. Jest dobrym człowiekiem, tak mi się wydaje. Nie spodziewałam się, że będzie spędzał ze mną tak dużo czasu. A Bertie... cóż, mogę się mylić, ale wygląda mi na lekkiego pantoflarza. Pomijając to, bardzo go lubię, mam nadzieję, że razem z Aiko będą żyli długie i szczęśliwe życie razem z gromadką dzieci. Nie sądzę, żeby mi się to kiedykolwiek przydarzy, ale tak w ogóle to jestem wręcz pewna, że potomków mieć nie będę. Gary ma córkę, Aya jest w ciąży z moim bratem, więc jakieś tam następne pokolenie Rutherfordów będzie.
-Kiedy cię wypuszczą? - pyta Aiko, pewnie z nadzieją, że powiem "Dzisiaj", albo "Teraz". Cóż, chyba nie mogę skłamać.
-Kiedy tylko poczuję się lepiej, czyli w sumie to teraz.
Wszyscy otwierają szeroko usta ze zdziwienia. Czy oni nigdy w szpitalu nie byli? Cóż, teraz mają szanse zobaczyć, jaką władzę ma tu doktor.
-Ekhem, ekhem. - zwracam się do Lauren, klaskając w ręce. Dobrze wie, na jaki pokaz się umówiłyśmy. Czasami jest bardziej kumata od nich. - Lauren, chcę iść do domu.
Puszczam jej oko, na co ona odpowiada kiwnięciem głowy.
-Oczywiście, pani doktor.
Dumnie zdejmuję z siebie wenflony i rury, które kiedyś były napełnione przepływającą krwią. Zabieram moją torbę z podłogi i lekko opierając się na lewej ręce, na której mam ranę, opuszczam szpitalne łózko. Oglądam się za siebie. Cała trójka stoi za mną, zadając sobie pytanie typu "Co ona wyrabia?!". Ale czy oni nie rozumieją, że już mi ten gnój zaszyli, a inne cholerstwa się na szczęście nie przedostały? Czuję się bardzo dobrze! Wzdycham.
-No dobrze. - zaczynam. - Rana została zaszyta i zabandażowana, zarazki czy też inne wirusy się nie przedostały, tak? W takim stanie ze szpitala mogę sobie w podskokach wyjść bez szwanku.
Widzę, jak na ich twarzach pojawia się uśmiech. Mimo wszystko, nie chcę tracić pieniędzy. Jeżeli przychali tutaj do mnie - będą chcieli mnie odwieść. A szczerze mówiąc, kolejne wydane w błoto 15£ mnie nie interesuje. Wygładzam moją czerwoną spódniczkę, prostuję się i z gracją podchodzę do rejestracji.
-Luna. - mówię stanowczym głosem.
Ona... ona... ogląda Zbuntowanego Anioła. Drogi Boże.
-Luna, byłabyś na tyle uprzejma - mówię, opierając ręce na blacie. - Wyłączyłabyś te pierdoły i dała mi moją wypłatę?
Dziewczyna przez chwilę trzęsie głową, rozgląda się jak ten derp po swoim otoczeniu, jakby mnie w ogóle nie zauważyła.
-Och~! - wydaje z siebie pisk. - Doktor Rutherford! Wy-wypłata? Ach, wypłata! Ju-już daję!
Przewracam oczami, kiedy wychodzi ze swojego stanowiska i idzie do naszego sejfu po moje pieniądze. Kod do skrytki znam tylko ja i ona. Co jest dosyć głupie, nasz sejfik jest na litery. Jest pod nim taka mąła klawiaturka. Jednak Luna się uparła, i teoretycznie nasza szpitalna skrytka jest na cyfry. No, rzymskie. To ja wymyślałam hasło. MCMXC.Nie wiem. Tak se jakoś wystukałam.
Kiedy Luna szpera w pieniądzach, za ramię łapie mnie Lauren. Odwracam się powoli i zaczynam rozmowę.
-Ładnie ci w tym kolorze. - schlebiam jej. Rumieni się.
Faktycznie, Lauren przefarbowała włosy na ciemny kolor. Ciemny brąz w miarę jej pasuje, a spięte w warkoczyki wyglądają estetyczniej.  Przynajmniej jej burza włosów przestała mnie irytować. Jak sobie myślałam, o tych wszystkich biednych ludziach, którym blond włosy przedostały się do lekarstw. Sama czasami myślę o ścięciu moich. Zrobię się na Czarną Wdowę i na tym przystanie.
-Pani doktor - kontynuuje. - Jest sprawa. Nie dotyczy szpitala. No, może trochę.
Chyba wiem o co jej chodzi. A jednak nie.
-Chodzi o mojego... byłego.
-Proszę, nie mów mi o tym gnoju. - odmawiam rozmowy. - Oj. Nie chciałam cię urazić. Przepraszam najmocniej.
-Nie, nie ma o czym mówić. - zaprzecza. - Po prostu chciałam się spytać... Czy to Arthur na panią napadł? Tam, w... toalecie? To... to był on?
Myślę dłuższą chwilę nad moją odpowiedzią. Kiedy powiem, że nie, skłamię, a gnojek musi pożałować. Jeżeli powiem, że tak, biedna dziewczyna się załamie, że chodziła z takim pojebem. Ups. Chyba lepiej sama się tym zajmę.
-Posłuchaj. - mówię jak najłagodniejszym tonem. - Nie pamiętam nawet twarzy porywacza. Nic nie widziałam. Poza tym, wszystko dobrze się skończyło, prawda?
Kiwa głową. Nie jestem zbytnio chętna do prowadzenia tej niezręcznej rozmowy, bo widzę, że oczy Lauren łzawią, a ona pociąga nosem. Uuups.
Nagle widzę stojącego w kącie Alexa. Chyba czeka na mój znak, bo patrzy się w moją stronę i wytrzeszcza oczy. Korzystając z okazji, że Lauren odwraca wzrok, podnoszę rękę i pstrykam palcami, mając nadzieję, że to zadziała.
-P-proszę pani! - przybiega Luna. - Oto wypłata.
Hm...? Dwa tysiące? Nie no, nieźle. Jak na mój tydzień. Naprawdę nieźle, ale mogłoby być lepiej.
-Dziękuję. - mówię. - Do widzenia.
Luna kiwa głową i dyszy. Zmęczyła się szukaniem pensji dla mnie. hehe xD
Wychodząc, uśmiecham sie kącikami ust, bo widzę, że Alex stoi koło Lauren i ją pociesza. Naprawdę mi się udało.
Zatrzymuję się na chwilę. Przypominam sobie o Aiko, Bertie'em i Thomasie, których zostawiłam i bez słowa sobie poszłam. Odwracam się i przez szybę patrzę na OIOM. Chyba poszli już. Cholera. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Wzdycham i przełykam ślinę. Kiedy się odwracam, przede mną stoi... Bertie.
-Claire, przepraszam, ale musimy poważnie porozmawiać.
* * *
-Cholera jasna, o co wam wszystkim chodzi z tymi pierścieniami?! - pytam oburzona, popijając kawę zakupioną mi przez Bertiego.
Również pije swój napój, stąpając po ziemi. Patrzy w dół, jakby nie zauważył, że ja tu też jestem. 
Bertie opowiedział mi o jakiejś krainie, o pierścieniu, którego zgubiłam i o tym, że Thomas zrywa dla mnie z Ib. Wszystko to powiedział po kupieniu mi cappucino, za co byłam mu wdzięczna, ale kiedy zaczął pierniczyć o tej cholernej krainie, miałam ochotę go udusić. 
-Spróbuj to zrozumieć. - tłumaczy. - Proszę. Wszystko, co teraz powiedziałem, jest prawdą, o której TY nie pamiętasz.
-Bertie, PROSZĘ. Po prostu daj mi spokój z tą całą posraną historią.
-Tak, jak myślałem. - mówi, jakby do siebie. - Tylko ten cholerny, szafirowy pierścionek ci pomoże. Uparta z ciebie kobieta.

Od autorki: 
Witom wszystkich serdecznie! Kurde, czuję, że piszę coraz gorzej. Po prostu: DO SIEDEMNASTKI. Jedyna zasada tego bloga. O cholera, do siedemnastki tylko dwa wpisy! Cieszmy się i radujmy się! Nareszcie będzie się działo, a nie jakieś pierdołki o argentyńskich telenowelach! Yay! 
Tak troszkę off-top: na moim starym blogu, Krainie Santoro's, niedługo pojawi siepę epilog. Ostrzegam, że jest w nim troszkę spoilerów, ale w sumie łatwiej będzie Wam zrozumieć, o czym piszę. Dodatkowo wspomnę o tym, że po siedemnastym wpisie zapisane tam dotychczasowe 'spoilery' utracą swoją spoilerową wartoś i spoilerami już nie będą.
Co do mojego rzycia. Kijowo, nie powiem. Wakacje mijają szybko, a ja siedzę w moim ślicznym namiociku, czytając fanfiction z Gota albo z PJ czy PH. Tak mijają moje wakacje. Filmy, seriale, książki i takie tam też mi towarzyszą. Większość czasu jednak zabiera mi spanie do południa. No cóż, takie życie. 
W niedzielę wyjeżdżam na wieś, łaj-faj nie będzie, więc nie będzie rozdziałów, do piątku (chyba, bo nie wiem ile mi się bedzie tam chciało zostawać).
Dziękuję gorąco za przeczytanie, 
Alayne <4


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Chapter XIII - Aiko



Kark i plecy mnie pobolewają. Mimo to poruszam swoimi nogami najszybciej, jak tylko mogę i wspinam się po krętych schodach na trzecie piętro naszego bloku. Po chwili znajduję się już pod naszymi drzwiami, pukam do drzwi. Nie słyszę żadnych kroków ani innych znaków odpowiedzi. Lekko zirytowana grzebię w torbie w poszukiwaniu pęczka kluczyków. Ech, jak zwykle chce, żebym jak najszybciej przyjechała, zaaferowana, a ten nawet drzwi nie otworzy. Taki zarąbisty brat. Naprawdę. Pozazdrościć.
-Thomas!- wołam głośno. - Thomas! 
Nic nie pomaga. Brat jak siedział to siedzi na tym swoim tyłku. W ogóle, czego on ode mnie chciał? Wyszłam ze szpitala tylko po to, żeby mu w czymś pomóc, wydawał się być taki przerażony... Jezu, a co jeżeli go porwali i to dlatego teraz nie otwiera?! Co jeżeli do skrzywdzili?! O mój Boże, jestem taka okropna!
Przekręcam szybko klucz w dziurce. Oczywiście na początku mylę się i przekręcam go w prawą stronę, jakżeby inaczej. Po przekręceniu go w lewo - czyli w prawidłową stronę - wparowuję jak błyskawica Thora, boga piorunów do przedpokoju naszego apartamentu. Jak największy derp rozglądam się i oglądam teren. Z pokoju mojego brata słyszę głosy. Ktoś na kogoś krzyczy. O Boże. 
W brudnych butach kieruję się do kuchni i sięgam po tasak. Przecinam nim folię w dolnej szufladzie. Do sejfu, który od wieków siedzi w naszej szafce, wpisuję kod: 280588. Nigdy nie ogarnę, dlaczego akurat taki mamy kod. Wiele razy siedzieliśmy z Bertiem w salonie i rozgryzaliśmy, dlaczego Thomas wybrał akurat takie, a nie inne cyfry. Hmm. Na pewno się tego kiedyś dowiem.  
Wyciągam z niego naszą jedyną broń palną - starego rewolwera. Wkładam magazynek - tylko cztery kule. Damy radę. Kiedyś używałam miecza i sztyletu, kto by się spodziewał, że kiedyś będę jedynie strzelać z jakiegoś prostego rewolweru.
Powoli, na paluszkach, zbliżam się do sypialni i jednocześnie gabineciku Thomasa. Słyszę stłumione krzyki. Nie wytrzymuje dłużej i otwieram drzwi.
Thomas leży ze swoimi kotami wokół łaszącymi się wokół niego, miaucząc. Brat ucina sobie drzemkę podczas setnego oglądania Krwawych Godów - a więc to stąd te krzyki - którą najwidoczniej mu przerwałam. Biedaczek. Budzi się gwałtownie, prostuje się i rozgląda. Kiedy zauważa mnie stojącą z naładowanym pistoletem, wydaje z siebie przeraźliwy wrzask.
-Rany boskie kobieto! - krzyczy przerażony. - Ogarnij się! Co ty robisz do cholery?!
Opuszczam broń i odkładam ją na półeczkę. Kociaki zdążyły już pouciekać, a ja stoję jak totalny derp z pistoletem leżącym koło mnie. Z telewizora słyszę wciskanie sztyletu w żebra i przeszywający mnie wrzask Catelyn Stark. Zerkam na chwilę na ekran. Myślałam, że zobaczę jeszcze Robba, ale coś mi nie pykło.
-Jezus Maria, co to miało znaczyć?! - mówi trochę spokojniejszym tonem Thomas. 
Przez chwilę jeszcze stoję w milczeniu. Spodziewałam się kilku groźnych porywaczy, zakutego brata i zamordowanych kotów, których krew ociekałaby po podłodze, a zastałam je przytulające się do śpiącej królewny Thomasa, który zapadł w wieczny sen podczas dziewięćdziesiątego dziewiątego maratonu Gry o Tron. Nie wierzę. 
-A już w sumie nic.- zapewniam. Zapomnijmy o tym, okej?
Wdycha nieświeże, ale jednak ładnie pachnące powietrze i krzyczy na mnie:
-Właśnie moja własna siostra miała mnie na celowniku z rewolwerem i niczym Hawkeye mogłaby mnie zastrzelić bez problemu, a ja mam o tym tak po prostu zapomnieć?! 
-Nieważne. -mówię jak w transie. - Zaszła pomyłka. A teraz powiedz mi, czego chciałeś. 
Kładzie niepewnie głowę na poduszce i rozwala się ponownie na łóżku. Przy okazji Thomas 'Niezdara' Butterfield zrzuca płytkę z serialem i pilota za łóżko. Jezus. 
-Tego nie było. - mówi, wyciągając rękę po urządzenie. - A więc tak: mam problem.
Wzdycham. 
-Wiesz, zdążyłam zauważyć.
-Chciałbym zerwać z Ib.
Nagle zastygam w bezruchu, a w mojej głowie pojawiają się dziesiątki, a może nawet setki teorii, dlaczego mój brat chce zerwać z taką gimbusiarą. Tyle możliwych powodów.... Właściwie do głowy przychodził mi tylko jeden. Claire. Czy... Czy mój plan był tak zarąbiście wykokszony, że nawet beze mnie wszystko potoczyło się tak, jak sobie wymarzyłam? Inaczej.
-Thomas... - zaczynam niepewnie, chcąc imitować zawiedzenie. - Dlaczego...?
-Po prostu nie mogę z nią dalej być. - mówi z niesamowitym spokojem duszy. - Istnieje kilka rzeczy, które mi to uniemożliwiają. 
Mam ochotę odpowiedzieć mu: "A jedną z nich jest Claire Rutherford, ginekolog z Homerton, czyż nie?" , ale powstrzymuję się, co jest dla mnie dość dziwne. 
-W takim razie - mówię totalnie podekscytowana, z uśmiechem na twarzy. - nie będę stać na twojej drodze.
Nagle mój telefon zaczyna wibrować w tylnej kieszeni moich spodni i wydobywa się z niego Work Song, mojego dzwonka. 
-Bertie dzwoni, poczekasz chwilę? - zadaję retoryczne pytanie. Oczywiście, że poczeka, a co ma zrobić? Nic nie zrobi.
-Halo?
-Skarbie. - zaczyna dramat. - Mamy problem. A w sumie to nie.
Marszczę brwi.
-Jak to nie? - pytam. - Co się stało?
-Claire jest w szpitalu. - odchrząkuje. - Znaczy, jako pacjent.
-CO?!
Wytrzeszczam oczy.
-Jak to możliwe?! Dobra, zaraz tam jadę! - mówię.
Rozłączam się i chwilę stoję w miejscu, zaczerpując powietrza. Oddycham głęboko i zastanawiam się, co Bertie miał na myśli, mówiąc, że "To nie problem". Jakim cudem to NIE JEST problem?!
-Thomas, ruszaj tyłek, zbieramy się. - nakazuję. - I przebieraj te drechy bo jako mój brat w drechach chodzić nie będziesz. 
-Buuu. - protestuje - A co się w ogóle stało?
-Claire jest w szpitalu.
Wzdycha i wali facepalma.
-O, to musi być ciekawy widok, w końcu ona WCALE tam nie pracuje na co dzień! - mówi ironicznie. 
Przewracam oczami.
-Chłopie, ona tam leży na OIOMie, co ty se tu odpierniczasz! - zganiam go. - Jestem sześć minut starsza, a jeżeli nie chcesz, żebym znowu mówiła do ciebie 'mały braciszku', to spręż tyłek i zdejmuj te drechy!
                                                                                   *** 
Kiedy Thomas przebierał drechy, ja schowałam pistolet do sejfu i dobrze go zabezpieczyłam. Miałam z tym niemałe kłopoty, bo koteły Thomasa schodziły a to do sejfu, a to do szafki. Brrr, krnąbrne jak cholera, chyba tylko Thomas umie je ogarnąć.
-Dobra. - mówi Thomas, wychodząc z sypialni. - Jestem gotowy. Dawaj kluczyki.
-O nie, nie, nie. - protestuję, kręcąc kluczyki od samochodu w rękach. - Ja prowadzę.
-No chyba nie. Oddawaj.
Śmieję się lekko i wychodzimy z mieszkania bez dłuższych, niepotrzebnych protestów. Co prawda Thomas trochę się wkurzył na mnie, ale to nie zmienia faktu, że to nasz samochód, i ja mam święte prawo nim jeździć.
Cóż. Jazda nie była niczym przyjemnym. Parę razy mi zgasło i dostałam opiernicz od Tomka. Kilka razy zrobiłam zygzak i dostałam opiernicz od Tomka. Raz zjechałam w jakiegoś gościa, na szczęście szybko stamtąd uciekliśmy. I dostałam niezły opierdziel od Tomka. 
                                                                                   ***
Kiedy z buta wpadamy do szpitala, widzę Bertiego siedzącego na krzesełku szpitalnym kolo oddziału intensywnej terapii. Bez zastanowienia skaczę mu w ramiona, na co Thomas przewraca oczami i wzrokiem szuka Claire na OIOMie.
-Dobra. To jakiś żart? - pyta. - Nie widzę.... O cholera.
Nie wiele myśli ten mój braciszek. Gwałtownym ruchem otwiera drzwi oddziałowe i biegnie na jej sam koniec. Najprawdopodobniej tam leży Claire, więc wyrywam się już Bertiemu z objęć, ale on mnie zatrzymuje i już więcej nie protestuję.
-Dajmy im chwilę. - mówi mi na ucho. Kiwam głową. - Pierścionka nadal nie znaleźli?
-Nie. - odpowiadam ponuro. - Nie wiem, gdzie on może być. Ale spójrz, dużo ze sobą rozmawiają, on o nią się troszczy.... Może pierścionek nie będzie potrzebny...?
Kładzie głowę na mojej i całuje moje włosy. Ale chwila... czy on płacze?
-Bertie...
Odwracam się szybko w jego stronę. Faktycznie. Na jego policzkach widać mokry ślad po łzie. Ocieram go palcem i przysuwam jego czoło do mojego. Przykro mi.
-Wiem. - mówię. - Ja też chcę wrócić. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Łapie moje ręce i ociepla je swoimi ciepłymi dłońmi. Całuje mnie w policzek i obejmuje.
-Aiko... - mówi zapłakanym głosem. - Wiem, że to nie odpowiednie, ale... To wszystko przez nich. Gdyby Thomas zakochał się w Ib, już dawno odbudowalibyśmy Santoro's. 
-Bertie... Nie wybierasz, kogo kochasz. - tłumaczę. - Claire pewnie też nie spodziewała się, że będzie kochana.
Puszcza moje ręce.
-Wiesz, zbytnio mnie to nie obchodzi. - mówi. - Chcę wrócić do domu, z tobą. Nie z nimi.
Źrenice mi się pomniejszają. Nie mogę uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. 

Od autorki:

Hohoho! A, sorka, to nie te święta. Chodzi o to, że... Już prawie wakacje! Jupi! Świadectwo z pasiorem, 5.45, nie ma bata! A jak u Was w szkole? Ooo, Perszasi Dżekszon. Sorry, mam fangurling. Co do fabuly: Jak widzicie, trochę się pomieszało. Troszku coś jest źle. Coś tu nie pasi! Berciak badass?! Dafaq?! Tak nie może być! A jednak. Coraz bliżej siedemnastego wpisu. Oł jea. Brace yourselves. Mwahahaha. I to tyle. Wypalona jestem.
Wasza Alayne <3                                                   


niedziela, 14 czerwca 2015

Chapter XII - Claire

-Uch, przepraszam pana. - wzdycham.
Podnoszę się z krzesła i wyprowadzam wszystkich oprócz Aiko z gabinetu. Daję Alexowi i Zackowi po łapach, dzięki czemu uspakajają się i odchodzą w swoich czerwonych strojach na swoje miejsca. Jakie losery.
Na mojej twarzy pojawia się uśmiech i spoglądam na mojego gościa. Hm, nie jest brzydki. Ma kasztanowe włosy i czarne oczy. W kieszeni trzyma paczkę Lucky Strike*. W uszach ma te takie awangardowe, wielkie, czarne kolczyki, nie wiem jak je nazwać. Ech, okropieństwo. Może tylko ja tak myślę. Jest ubrany w skórzaną kurtkę i wytarte, jeansowe spodnie. Nosi ze sobą czarną torba. Na nogach nosi czarne trampki. Odciągam od nich wzrok, kiedy czuję jego spojrzenie na moim ciele.
-Słuchaj, nie pamiętam twojego imienia, to znaczy... - jąka się. - Pani doktor Lannister... Znaczy, Rutherford!
Wybucham śmiechem.
-Och, to miała być obraza? - pytam sarkastycznie. - Nie myśl, że nie oglądam.
Przez chwilę przygląda się mnie jak jakiemuś debilowi z miną typu "Co ona do cholery gada?!". O Boże drogi, czyżby był aż takim loserem? No żeby nie wiedzieć, kim są Lannisterzy to jest trochę przesada. W ogóle, dlaczego się tak do mnie zwrócił? Ja? Lannister? Co kurna?
-Em... Nieważne... - mówi, drapiąc się po głowie. - A więc... Gdzie jest pielęgniarka Butterfeld?
Marszczę brwi. Cholera jasna, czego on od niej chce...? Nie wydaje się być przyjazny. Ani godnym zaufania. Jednak nie daję rady się powstrzymać.
-Tak, jak mówiłam. - zaczynam. - Na OIOMie*, prosto, a potem skręcić w lewo i jest już pan przy drzwiach. Wystarczy tylko, że...
-Wolałbym, żeby pani ze mną poszła. - przerywa mi bezczelnie.
Wzdycham.
-Oczywiście. - odpowiadam z dumą.
Idę już w stronę oddziału,  kiedy z mojego gabinetu wybiega Aiko z komórką przy uchu. Na ten dźwięk razem z tym natrętnym gościem odwracamy się.
-...Jasne! Zaraz będę! - mówi do słuchawki. - Claire, muszę iść! Przepraszam!
-Nic się nie stało. - mówię ze spokojem. - Do zobaczenia innym razem.
Macha mi na pożegnanie i niesamowicie szybko biegnie do stacji metra. Co się stało...?
Prycham i dalej idę prosto przed siebie. Słyszę jego kroki. Trochę mnie krępują. Nie czuję się bezpiecznie, jednak nie zwalniam.
Dochodzę do drzwi OIOMu. Już mam nacisnąć klamkę, kiedy ktoś zachodzi mnie od tyłu, zatyka mi usta dłonią i wtrąca do toalety dla mężczyzn. Głowa zaczyna okropnie pulsować.
Przez chwilę chyba jestem nieprzytomna. Otwieram ślepia. Nie czuję moich ust. Są zakneblowane szarą taśmą. Moje nogi są zawiązane wokół rury kibla. Jednak ręce są na tyle słabo związane, że mogę je swobodnie uwolnić. Nie robię tego teraz, bo przede mną stoi ten natręt. I porywacz, jeżeli uwięzienie pani doktor ginekolog w łazience dla mężczyzn w szpitalu, w którym sama pracuje pod pretekstem chęci znalezienia jakiejś pielęgniarki można tak nazwać.
-O, nareszcie - zaczyna. Pewnie zaraz będzie mnie torturować. - Posłuchaj, nie dryj mordy, bo to i tak nic nie da. Lepiej posłuchaj.
Udaję niewiniątko i nawet nie próbuję wydusić z siebie słowa. Niby czuję się zagrożona, ale nie boję się. Jedyne, o co się teraz martwię, to o to ile pacjentów czeka na mnie na korytarzu.
Nagle coś zaczyna mnie szczypać. Piecze mnie. Oddycham szybko i płytko. Wychylam głowę na tyle, ile mogę, i zauważam, że moje ramię krwawi.
Zaczynam się trząść. Moja rana jest otwarta. Cholera jasna! Mój fartuch lekarski jest zalany rubinowym płynem. Krople, które już opadły skrzepły. Wyję z bólu.
-Słuchaj mnie! - krzyczy. - Jeżeli nie chcesz podwójnego rozlewu, nie wierć się tak. A więc... Gdzie jest ten pierścionek?!
Pierścionek? Tracę krew, a jemu chodzi tylko o jakiś... pierścionek?!
Nie odzywam się. Widać, że jest tak nieogarnięty, że zakneblował mi usta, a potem kasze mi mówić. Zero logiki w tym małolacie.
-...gdzie ona jest...? Że niby tutaj? - ktoś mówi do siebie zza toalety.
Nagle ktoś zaczyna dobijać się do drzwi, poirytowany, że są zamknięte. Szukają mnie.
Zaaferowany pan porywacz rozgląda się na wszystkie strony, a potem bierze do ręki swoją torbę i uderza mnie. Jedyne, co słyszę, to:
-Wyślij mi pocztówkę.
Tracę przytomność.

                                                                             ***

-...Claire! Wstawaj! - ktoś wrzeszczy mi do ucha. Rozpoznaję w nim głos Alexa. - Ło cholera! Leć po Lauren, albo po Littleton! SZYBKO!
Otwieram ponownie oczy. Nade mną stoi Alex, rozwiązując mi supełki. Czuję lekkość, ale po chwili przypominam sobie o ranie. Na samą myśl zaczynam wrzeszczeć.
Zanim nadążam się obejrzeć, koło mnie pojawia się również Lauren, jakaś inna pomocnica i Zack.
-Bier ją na nosze! - krzyczy Alex.
-Ale nie mam! - odpowiada mu Zack.
Lauren wzdycha nerwowo.
-No to bier ją na ręce, ty mysi móżdżku! - wrzeszczy na niego.
Po chwili jestem już na rękach Zacka, a moje ramię zwisa i nadal krwawi.
O co mu w ogóle chodziło? Gdzie jest ten gość? Jakiś pierścień....?
-Słuchajcie, szybko, tutaj, na OIOM i zszywać, teraz! - wydaje rozkaz Lauren.
Przez moją skórę przeciska się igła. Czuję zapach spirytusu. Zaraz zacznie dopiero szczypać. Zaciskam zęby i o mało co nie wydaję z siebie przepełnionego bólem wrzasku. Na moim włosach czuję zapach krwi Pewnie powinnam zemdleć, ale dość juz mam tego. Oddycham na spokojnie, ignorując przeszywający ból.
-...już! - mówi ktoś. - Pani doktor, zaraz będzie po wszystkim!
Staram się odwracać wzrok. Myśleć o czymś przyjaznym.... Ale zaraz.... To kolejna z tych wizji....?

Od autorki:

No to dobra dobra! Pracowity weekend! Aż dwa wpisy! Combo psze państwa! No więc tak: co do wpisów, to jak widzicie są dosyć krótkie i mnie to bardzo smuci :( Ale dobrze, że są. Ogólnie czas spędzam fantastiko wszystko gites majonez i jest cudownie. Juz prawie koniec szkoły, więc luzik arbuzik. W wakacje mam zamiar robić tyyyle rzeczy, że się chyba nie pomieszczę z moimi planami. Granie, czytanie, pisanie i oglądanie są na pierwszym planie. Hehe. W ogóle to na Falenie ostatnio sporo się dzieje, tak teraz zauważyłam. Kler porywajo, potem jom zszywajo, jakies takie wizje, nie wizje... Ale tera bedzie niezła akcja. Będzie się działo. No, ale jedno jest pewne: w wakacje będzie w cholerę gorąco. Fak bigos.
Podziwiam wszystkich, którzy wyczekują i komentują, którzy są ze mną.
Alayne StarePole <3
 

wtorek, 2 czerwca 2015

Chapter XI - Aiko

Popijam kolejny łyk herbaty. Patrzę za okno. Wspaniały dzisiaj dzień. Słońce świeci, śniegu już prawie nie ma, deszcz nie pada, a temperatura jest na tyle wysoka, że wystarczyłoby założyć tylko jakąś koszulkę i cienką kurtkę. To wszystko jest za oknem, a ja siedzę przed nim i piję mega gorącą herbatę sypaną. Czas ruszyć tyłek.
Uchylam kubek po raz ostatni i wkładam go do zlewu. Zalewam wodą z kranu i zakładam na siebie długą, za szeroką jak dla mnie bluzę Thomasa. Czuję się jak kilka lat temu, kiedy byliśmy tacy młodzi... Tęsknię za tamtym czasem. Wdycham zapach ubrania. Mmm. Uwielbiam jego zapaszek. Taki... delikatny. Pachnie odrobinę kobiecymi perfumami. Nie, żebym coś sugerowała. A może jednak. Ach, nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć jego reakcję na mnie w jego bluzie.
Hm... Ale gdzie on jest? Najprawdopodobniej pojechał do Claire. O, tak. Tak, tak, tak, tak. Szybko przemieszczam się i wbiegam do kuchni. Pakuję do jednorazowego pudełka na ciasta szarlotkę i wpycham jeszcze dwie torebki ulubienicy Claire, zielonej herbaty Twinings*. W końcu już trochę już ją znam.  Sięgam po klucze od drzwi wejściowych. Przekręcam je w dziurce i wychodzę.
Opuszczając wieżowiec opróżniam jeszcze skrzynkę pocztową z ulotek reklamowych. Nic ciekawego. Czym prędzej biegnę do stacji metra. No cóż, nie ma Tomka, nie ma innego wyjścia. Sama zrobiłam prawo jazdy, ale z bratem mamy wspólny samochód. No, w sumie, to Ford jest jego, bo... Ja jeździłam po prostu wcześniej! Teraz jeżdżę tylko TROSZKĘ mniej!
Mijam cały Hyde Park* i jestem już przy Buckingham Palace*. Z kieszeni spodni wyciągam zapasowy bilet w dwie strony i kasuję go przez kasownik. Orientuję się szybko w liniach metra i biegnę na właściwy peron. Pociąg już stoi, a drzwi powoli się zamykają. Wskakuję do niego, w końcu takie ekstremalne czynności to moja specjalność, nawet w ciąży. No, nawet w piątym miesiącu ciąży.
Podróż zajmuje mi jakieś dziesięć minut. Z całą pewnością sądzę, że mogę stwierdzić, że metro w Londynie jest najszybszym metrem na całym świecie. Z uśmiechem na twarzy podskakuję i wychodzę ze stacji. Mój niesamowicie nudny dzień zaraz się skończy!
Przed Homerton biorę głęboki wdech, jak jakaś studentka przed uniwersytetem w filmach amerykańskich. Następnie wchodzę do środka i wzrokiem wypatruję, czy na korytarzu nie urzęduje sobie Claire. No nie widzę jej, więc kieruję się do jej gabinetu. YOLO.
Już mam otworzyć drzwi, kiedy zza pleców słyszę:
-Hej, nie tak szybko, to teren prywatny! - mówi głośno ruda kobieta. - Tutaj jestem!
Claire podchodzi do mnie i radośnie mnie wita. Nigdy nie widziałam jej tak szczęśliwej. Co się stało? Spotkała Thomasa? Nie mogę się powstrzymać i pytam:
-A co Ty taka wesoła? - chichoczę.
Lekko się rumieni i drapie się po ognisto rudych włosach. 
-E tam, ja, wesoła? - kpi sama z siebie. Ta, to do niej podobne. - Nic się takiego nie stało.
Wzruszam ramionami, ale dalej rozkręcam temat.
-A był tu mój brat? - pytam i posyłam jej krzywy uśmiech.
Rzuca mi gwałtowne spojrzenie i czerwieni się jak burak. Wytrzeszcza oczy i zaczyna obryzać paznokcie, chociaż nigdy nie widziałam, żeby coś takiego robiła.
-B-był... Ale tylko n-na chwilę... - mówi niepewnie.
-Ojejku, jeszcze potrafię rozpoznać kłamliwych ludzi. - zmuszam ją do wyznania prawdy. - Był tu na dłużej, przecież miał cię zgarnąć.
Jej twarz promienieje.
-Ale nadal tu jesteś. - rzeczę. - Podejrzewam, że ruda pani doktor postanowiła zostać na dłuższą zmianę?
Kiwa głową. Nie wierzę. Przecież mieli gdzieś wyjść, na randkę, no nie wiem, na cokolwiek. W Santoros's wszystko poszło jak po maśle, kiedy nie chciałam, żeby byli razem. A teraz? Z całego serca tego chcę, ale żadnemu z nich nie chce się tyłka ruszyć! Nosz cholera jasna!
-Ech, trudno. - mówię znużona. - Mogę wejść?
Chyba dopiero teraz zauważyła, że trzymam coś dla niej w rękach.
-A, jasne, jasne! - przytakuje.
Jednak zachowuje się, jak by była zakochana. Jeeeezuuuu. Niektórych ludzi nie zrozumiesz na Chiny i Japonię.
Kieruje mnie do gabinetu i karze mi się rozgościć na krześle, podczas gdy ona idzie do pokoju socjalnego. Kiedy przychodzi, ja rozkładam ciasto i herbaty, a ona przynosi widelczyki i dwa talerze i dwie, porcelanowe filiżanki. Jednak inteligentna z niej kobieta. Niezłe synchro. Dzwoni mi telefon. Cholera jasna. Tomek.
-Tomek, czego ty chcesz? - mówię głośnym szeptem. - Nie możesz później drynknąć?!
-Srala, srala, gdzie ty jesteś cholero jedna?! - wrzeszczy mi do telefonu.
-Nie tym tonem! - zganiam go. - Jak ty sie do swojej najdroższej siostry wyrażasz?!
-No przepraszam Aiko...
Ło. Czy to nie była ironia?! No to świętujmy!
-Dobra, nieważne. Już idę, CLAIRE! - krzyczę do słuchawki.
Robię nacisk na jej imię, żeby mój jakże inteligentny brat mógł się połapać, gdzie jestem.
-Shit! Ty jesteś u Claire w Homerton?! - pyta zaniepokojony.
-Nie no bracie Nobla ci! - krzyczę do słuchawki.
Claire podnosi brew, mieszając swoją herbatę.
-Dobra, ja kończę. Cześć, braciszku. - żegnam się.
-Pa, Śnieżko. Pozdrów panią doktor ode mnie. - mówi, na co przytakuję. 
Odkładam słuchawkę.
Przesyłam Claire pozdrowienia, na co niezbyt ku memu zdziwieniu się czerwieni i karze mi również pozdrowić Thomasa. Na pewno jest zakochana po uszy. Oł jea. #sukces
Po chwili ktoś puka do drzwi i wchodzi do gabinetu.
-Przepraszam. - zaczyna męski głos. - Doktor Lan... Rutherford.
-Tak jest? - pyta serdecznie Claire.
-Gdzie mogę znaleźć Lauren Fro... Butter... Butterfield? 
Młodzieniec zerka na mnie, a ja na niego. Przecież to... Przecież to Arthur*!
-Pielęgniarki można znaleźć na OIOMie. Chyba, że... - nie kończy.
-ARTHUR?! To ty jesteś Arthur Potter! - krzyczę.
Zdumiony chłopak wygląda, jakby tylko udawał zaskoczonego.
-Ale beka!
Do gabinetu wbijają jeszcze kolejne dwie cholery: Zack i Alex.
-Claire, Claire! On mnie BIJE! - wrzeszczy Alex.
-No chodź tu, cienka fryto! - krzyczy Zack.
Claire robi facepalm.
-A co ja jestem, matka?! Uspokoić się! - o kurde, zaczyna się. - TO NIE JAKIEŚ POBOJOWISKO, tylko CHOLERNY SZPITAL!
Faktycznie, w walce między Zackiem a Alexem zawsze wygrywa Claire. 

Od autorki:

Dobra, koniec tego bekowego wpisu xD Nie było mnie równy miesiąc. Jestem debilem. Choruję na dawna od dzieciństwa. Przepraszam. Ale i tak ten wpis jest tak bekowy, że zaraz jebne xD
Przypisy:
*Twinings - słynne londyńskie herbaty, najprawdopodobniej dostępne w Polsce
*Hyde Park - największy pod względem powierzchni park w Londynie
*Buckingham Pałace - tu: stacja metra w Londynie znajdująca się na linii Victoria, Piccadily oraz Jubilee
*Arthur - wygląd i cechy bohatera znajdują się w zakładce Postaci
Dziękuję za przeczytanie,
Wasza Alayne <3





sobota, 2 maja 2015

Chapter X - Thomas

-Co? - pytam, lekko zaskoczony.
-Wiadro. - mówi i chichocze. - Nieważne.
Wzdycham. Nie jestem pewien, co chce zrobić i co ma na myśli. Głaszcze swoje ognisto rude włosy i owija je wokół palca. Zamyka oczy i obraca twarz w stronę rzadkiego jak na londyńskie przedwiośnie słońca.
-Widok niespotykany. - stwierdzam.
Nie otwiera oczu. Uśmiecha się za to szeroko, więc biorę to za potwierdzenie. Patrzę na nią, dopóki nie bierze głębokiego oddechu i nie otwiera ślepi.
-Czemu gapisz się na mnie? - pyta i szybko się prostuje. Nie chciałem, żeby to zauważyła. - Co, uważasz, że jestem ślepa? Widzę cię!
Jej głos ma w sobie coś dziwnego. Powoduje, że jestem lekko przerażony i rumienię się, ale ona po chwili parska śmiechem. Nie jestem pewien, jak mam zareagować. Chyba nic dobrego nie wynika z przebywania z nią sam na sam w moim samochodzie. Jednak... sprawia mi to przyjemność.
-Dobra, ja lecę. - mówi i wychodzi z samochodu. - Mam nadzieję, że te starsze panie i jakaś młoda laseczka mnie nie dorwą.
Już ma wyjść, ale ja łapię ją za nadgarstek i odwracam. Moje źrenice pomniejszają się w dziwny sposób i jej spojrzenie powoduje u mnie dreszcze na plecach, które przeszywają mój kręgosłup.
-Nie masz już dzisiaj pracy. - mówię stanowczo, starając się patrzeć w jej zaskoczone, szmaragdowe paczadła. Wybucha śmiechem. Widocznie ją bawię.
-No nieźle. - mówi. - Chytry jesteś. Imponujące.
Siada z powrotem na fotel pasażera i przygląda mi się ze szczerym uśmiechem. Czuję, że nie mogę jej pozwolić, aby stąd wyszła.
-Mogę odwieźć cię do domu. - proponuję z nadzieją, że się zgodzi.
-Nie, dzięki. - mówi. - Po co miałabym kupować miesięczny bilet do metra, gdybym wiedziała, że będziesz mnie codziennie odwoził do domu? Działasz prawie niczym jakaś darmowa, przyjazna taksówka.
Próbuję przez chwilę znaleźć jakiś sposób, żeby została ze mną dłużej. Wtedy odkryłem coś, co mnie zdziwiło. Kiedy zapraszam Ib na jakieś wyjście, do parku czy coś w tym stylu, wszystko jest w porządku i mówię to prosto z mostu, wręcz na odwal się. Ale teraz... Nawet nie wiem, jak zacząć, chociaż trochę doświadczenia w zapraszaniu kobiety na spotkanie mam. Mimo wszystko muszę ją zatrzymać dla siebie na więcej.
-Nie masz dzisiaj nic do roboty, to może choć napijesz się kawy? - pytam i czuję, jak podnosi mi się ciśnienie.
Claire, dotąd pewna siebie, zastyga w jednej pozycji. Pierwszy raz zaskoczyłem ją tak, że nie potrafi odpowiedzieć. Pierwszy raz czuje się tak, jak ja za każdym razem, kiedy rozmawiamy. Teraz... teraz czuję dziwne poczucie śmiałości.
-P-Proszę? - mówi. - Na... kawę?
-Nie, wiesz, na piwo. - gaszę ją. - Pytam się, czy pójdziesz ze mną na kawę.
"Jeszcze tylko chwila zastanowienia. Powiedz "tak"." - myślę.
-No dobra. - "Tak!" - W sumie mam dzisiaj już wolny dzień, czemu by nie spędzić go z przyjaznym kierowcą darmowej taksówki. 
Cieszę się z całego serca. Nie wiem nawet, dlaczego. Serce mi wali jak szalone. Uśmiecham się i wychodzę z nią z pojazdu.
-Mam rozumieć, że Romeo zabiera mnie do pobliskiej kawiarenki? - mówi z przekonaniem.
-A żeby Julia wiedziała. - odpyskuję. Skąd u mnie ta pewność siebie? Przecież mam dziewczynę.
Biorę ją pod rękę i razem idziemy krok w krok do Kaffeine, czyli kawiarni, w której mam już obczajoną obsługę i towary. Bardzo przyjemna miejscówka.
Wchodzę pierwszy do przytulnego, dość małego pomieszczenia i gwiżdżę.
-Sunny! Hanky! Gdzież wy, kiedy was potrzebuję? - wołam.
Z drzwi wyłania się starsza kobieta z blond włosami ze swoim łysym synem - mięśniakiem.
-Och, Tommy! Jak ja cię długo nie widziałam! - mówi właścicielka, obejmując mnie przyjaźnie. - Powiedz, że tym razem nie masz ze sobą Ib!
-Nie, nie ma jej ze mną. - odpowiadam.
-Ach, to dobrze. Kim więc jesteś, młoda duszyczko? - zwraca się do rudowłosej.
-Ekhem, Claire Rutherford. Ze szpitala. - mówi ze spokojem.
-Hanky! Nawet nie próbuj! - krzyczy do syna.
Przed nami stoi wielki, silny mięśniak. Nienawidzę gnojka, ale jestem od niego wyższy, więc jestem bardziej #fabolous. Poza tym oswoiłem rudą, więc jestem miszczem.
-Mame... Chyba się najarałem... - mówi, patrząc na Claire, która chowa się za moimi plecami. Marszczę brwi.
-Hanky, nawet się nie waż jej tknąć. - mówię stanowczo.
-A bo co mi zrobisz, kochasiu? - grozi. Czerwienię się.
-Dobra, Hanky, rób...? - pyta, czekając na naszą odpowiedź.
Spoglądam na Claire. Wzrusza ramionami.
-Dwa razy espresso. I jakieś dobre ciastko. - zamawiam.
-Hanky, słyszałeś. Zasuwaj, bo nie dostaniesz dzisiaj deseru biedaku. - wrzeszczy Sunny.
Kieruję się z rudowłosą do stolika dla dwóch osób i patrzę na jej lekko przerażoną minę. Kiedy odwraca się do mnie i patrzymy na siebie, uśmiecha się z ulgą.
Po niedługiej chwili oczekiwania do stołu przychodzi Hanky, kłania się i stawia dwie, malutkie filiżanki z czarnym espresso, do tego dwa herbatniki. Na koniec zostawia jeszcze małą, złożoną w pół karteczkę i rzuca ją w stronę Claire. Dziewczyna otwiera ją lekko, sięga do torebki, wyjmuje z niej długopis i coś skrobie. Potem za jednym razem wypija espresso i składa karteczkę z powrotem. Żeby nadążyć, piję kawę jak najszybciej, ale nie mogę jej dogonić. Widać, że Hanky jej nie zaimponował i chce już stąd wyjść. Jest zupełnie inaczej, niż gdy byłem tu z Ib. Wstaje z krzesła i kiwa głową w stronę drzwi wyjściowych. Odpowiadam jednym kiwnięciem i odnoszę tackę z brudnymi naczyniami. Z ciekawości jednak otwieram karteczkę, którą przyniósł Hanky. Na jednej stronie pisze "You're a Woman, I'm a Man...", a na odwrocie "Spieprzaj gnoju". Aiko opowiadała, że Claire jest powściągliwa i szybko się denerwuje, ale nie wiedziałem, że aż tak. Przynajmniej podziela moją nienawiść do Hanky'ego.
Szybko wychodzimy razem z kawiarni.
-Dobra, miło było, ja muszę lecieć. - mówi na pożegnanie.
-Następnym razem pójdziemy tam, gdzie TY będziesz chciała. - mówię, jakby to nie było nic ważnego. Czy ja właśnie... Powiedziałem, że znowu chcę z nią wyjść? Czy zaprosiłem ją na... randkę? Nie, Thomasie Butterfield, nie.

Od autorki:

Dzisiaj taki luźny, króciutki wpis, po długiej przerwie <3
Akcja się nieco rozkręca, nie powiem. Tomek coś ten tego. Ale Claire nie. Huehue. Ogólnie wszyscy dzisiaj lekko zjarani. Ale szczerze mówiąc, lałam, jak to pisałam.
A jeżeli chodzi o takie nieco MOJE aktualności, to żyję i oddycham. Jestem w trakcie wielkiej obsesji na punkcie mangi i anime, ale nie porzuciłam seriali i jaram się Grą o Tron. Jorah z buta wjeżdża FRAJERZY!
Majówka się kończy, i czeba do szkoły wrócić :p
No ale! Nie przejmujmy się! W piątek Avengersi! *FANGIRLING*
Wasza Alayne <3





piątek, 10 kwietnia 2015

Chapter IX - Claire

Budzę się. Moje ciało dygocze, a twarz czerwienieje, mokra od łez. Rude włosy opadają na moje ramiona. Dyszę.
Zrywam się szybko z poduszki w niebieskie kwiaty. Ruszam nogami. Nie czuję ich. Odsłaniam kołdrę. Moje łydki i uda są poharatane i pokaleczone, a na lewej stopie krew leje mi się strumieniami z zadrapania. Kołdra jest rubinowa, a w niektórych miejscach krew zdążyła już skrzepnąć.
Wrzeszczę i wyrzucam ją na podłogę. Oddycham płytko. Czuję, że brakuje mi powietrza. Opieram się o parapet. Po chwili odwracam się i otwieram na oścież okno. Przybliżam się do niego i wdycham zimny, orzeźwiający wiatr Londynu o poranku. Wyciągam pasmo włosów z ust. Nadgarstkami zakrywam oczy i prostuje wyczuwane już nogi. Stawiam je na ziemi. Sięgam niepewnie po słuchawkę dzwoniącego telefonu.
-Przepraszam, nie mam teraz ochoty rozmawiać. - ledwo wyduszam z siebie.
-Claire... - odzywa się ktoś.
Claire... Claire? Ach, przecież to ja.
Nie jestem pewna, co robić. Odezwać się?
-Claire, proszę.
Rozłączam się. Patrzę na podłogę. Leży tam para czarnych, zakrwawionych szpilek. Mój dywan jest czerwony. Na etażerce stoi sterta książek i herbata w zielonkawym kubku. Odkładam tam również telefon, który ponownie dzwoni. Po prostu wdycham świeże, londyńskie powietrze i wychodzę, ciągnąc za sobą krwawą kołdrę. Prawie zapominam o moich ranach na nogach. Czuję się jak prawdziwy morderca.
Kołdrę wsadzam do pralki, wsypuję proszek do prania i wlewam płyn. Zamykam ją i wyję z bólu.
Kładę się na podłodze w łazience. Podnoszę rękę, żeby dosięgnąć spirytusu, bo to jedyne, co mam teraz w szafce. Resztę leków mam w apteczce w kuchni. Nie sięgam. Nie mogę wstać, ani w jakikolwiek inny sposób się poruszyć. Leżę i zasypiam.
Jestem w śnie. Przede mną wielki pokój. Nie chcę, ale wchodzę na długi jak cholera, ciemny tunel. Przyspieszam niepotrzebnego kroku. Jedyna część ciała, jaką kontroluję, to moja głowa. Odwracam ją i widzę sylwetkę mężczyzny stojącego jakieś trzydzieści kroków za mną. Idę dalej, bo nie wiadomo co bym zrobiła, i tak musiałabym iść. Co chwila odwracam się za mnie. Mężczyzna nadal za mną chodzi. Zbliża się. Kiedy odwracam głowę z powrotem, staję w ślepej uliczce. Cholera jasna. Dreszcz przechodzi mi przez kręgosłup, ale w końcu odwracam się i staję z nim twarzą w twarz. Nie ma ust, ani włosów, jest wychudzony, widać mu żebra i jego ciało zbudowane jest jakby z piachu. Nie ma oczu, ma tylko jakieś wydrążone w skórze głębokie doły. Przechyla głowę.
Budzę się z krzykiem. Wstaję najszybciej, jak tylko mogę. Nagle przybywa mi sił. Biorę ten cholerny spirytus i wylewam go całego na obie nogi. Wrzeszczę.
***
-Do widzenia. - żegnaj się z pacjentem i wychodzę z gabinetu. Widzę, jak za oknem jest ciepło i świeci słońce. Dziwna pogoda, jak na wczesny marzec.
-Kończę? - pytam sekretarki.
-Tak, pani doktor. - odpowiada Luna, kręcąc kosmykiem swoich włosów.
Uśmiecham się krzywo i zaglądam do szafy. Wyciągam z niej mój płaszczyk na cieplejsze dni i zamieniam go z fartuchem lekarskim. Wychodzę z pokoju socjalnego i słyszę tłum pielęgniarek, wykrzykujących moje imię.
-Dzisiaj wracamy z tobą! Jedziemy na Baker Street! - krzyczą. - Ale najpierw musisz iść na jakieś tam psychiatryczne badania, to nic strasznego.
-Psychiatryczne badania? Żartujecie? - pytam, parskając śmiechem.
-Po prostu idź, zbadaj się i przyjdź do nas. - rzecze jedna z nich.
Wzdycham i przechodzę do pokoju obok.
Przy biurku siedzi jakaś kobieta i przegląda kartki.
-Och, pani doktor Rutherford! - mówi. - Miło panią poznać. Proszę usiąść.
Siadam zgodnie z rozkazem i odkładam torbę na podłogę.
-Proszę panią o wypełnienie tej ankiety. To tylko na prześledzenie pani psychiki, nie gryzie. - mówi, z niesamowitym spokojem.
Kiwam głową i biorę do ręki długopis.

Test na zdrowie psychiczne

Witaj. Zadamy Ci 10 pytań, odpowiadaj na nie, jak tylko chcesz, możesz rysować na tej stronie, co tylko chcesz. Po prostu WYPEŁNIAJ. No dobra.

1. Co Cię najbardziej denerwuje w Twoim życiu?
Nic? Jestem bardzo zadowolona.
2. Masz sympatię?
Em... Nie?
3. Jeżeli tak, co Ci się w niej najbardziej podoba?
Cholera jasna, nie mam żadnej.
4. Jeżeli nie, chciałbyś/chciałabyś mieć takową?
Nie. Jestem sama i dobrze mi z tym.
5. Jaka jest Twoja najbardziej znienawidzona pora dnia?
Noc.
6. Dlaczego?
Bo tak. #sassy
7. Jakie jest Twoje hobby?
Snucie opowieści. Ale na pewno nie robienie pierdolonych ankiet.
8. Masz przyjaciół?
Nie. Nie wiem. Mam to gdzieś, nie potrzebuję przyjaciół.
10. To już koniec ankiety. Cieszysz się?
 Jak najbardziej.

-Zrobiłam. - mówię i oddaję skrawek papieru kobiecie. Pospiesznie wychodzę z pokoju, nawet się nie żegnam. Na korytarzu czeka już na mnie tłum. Co to było do cholery?
-No i jak poszło? - chichoczą.
-Nie wiem. Chyba dobrze. - również się śmieję, wtapiając się w tłumik.
Przeciskam się przez drzwi, bo pielęgniarki zawsze są na tyle roześmiane i ruchliwe, że przejść trudno.
Nagle dostrzegam za nimi srebrnego, starego Forda. Chyba już wiem, co zrobić.
Ktoś stoi za mną i łapie mnie za nadgarstek. Momentalnie się odwracam. Thomas. Patrzę na niego porozumiewawczym wzrokiem, przeskakując na chwilę na tłum pielęgniarek.
-Skarbie. - "Co do cholery?! Nie, Boże, nie tak!" - Musimy iść.
Szybko się odwracają i przyglądają się, jak Thomas całuje mnie czoło. Pocę się ze stresu i zbulwersowania.
-Ach tak. - mówi ich przełożona. - Nie mówiłaś, że kogoś masz.
Kopię go w kolano. Krzywi się, czuję to.
-Bo to od kilku dni, więc nie zdążyłam. - wymyślam jakiekolwiek wymówki, żeby móc iść i go opieprzyć.
-O Jezu, szczęścia! - krzyczy jedna totalnie zjarana. - Proszę, pocałuj ją jeszcze raz! - "Cholera, zabiję je kiedyś. I jego też." - To takie słodkie, że Claire nareszcie sobie kogoś znalazła!
Czerwienię się.
-Właściwie to... Musimy już iść, prawda? Kochanie? - mówię z ironią, mając ochotę go zbesztać.
-Dokładnie tak! - odpowiada.
Łapię go za rękę i biegnie ze mną do jego samochodu. Szybko go otwiera, siadam na miejscu pasażera.
-Cholera, co to miało być?! - zaczynam z grubej rury.
-Nie wiedziałem, że to tak będzie, uratowałem ci tyłek, więc nie narzekaj.
-Teraz myślą, że kogoś mam! - krzyczę z niedowierzaniem.
-No i co? - pyta.
-Wiadro! Chciałam, żebyś mnie stamtąd zabrał, a nie udawał mojego kochasia!
-Ups. - mówi. - Ale nie po to tu jestem.
-To po co?
Wzdycha.
-Po prostu wiedz, że ja też byłem w tej wizji. - nachyla się nade mną.
-W której? - pytam.

Od autorki:

Huehue, ale trolla zrobiłam! O fak, przecież ja tego jeszcze nie wymyśliłam. A kij. Ale mam nadzieję, że wszystko idzie w dobrą stronę. Thomas taki uroczak. Huehue. Dopóki nie wyjaśni się sprawa, będę tajemnicza. Hihi.
Alayne, jak zawsze tajemnicza *bez emotikonki*


niedziela, 5 kwietnia 2015

Chapter VII - Thomas



[A/N] Ten rozdział (jak i wszystkie następne) jest pisany w czasie teraźniejszym. Bo tak. O to mnie nie pytać. Po prostu zmieniłam zdanie o tym, w jaki sposób chcę pisać, a nowego bloga mi się nie chce zakładać.

Thomas
Budzę się. Otwieram nieśmiało oczy i patrzę na Londyn o poranku. Mimo że jest siódma, samochody już jeżdżą i piszczą opony. Metro jest już otwarte i ludzie śpieszą się do pracy. Wszystko to widzę zza jej pleców.
Przytulam ją. Przyglądam się jej lśniącym, ciemnobrązowym włosom. Czuję, że mocniej uściska moją dłoń.  Unosi lekko głowę i chyba chce się odwrócić w moją stronę. Odruchowo zbieram siły i wstaję, tak szybko, jak tylko mogę. Zdezorientowana kładzie ciało z powrotem na łóżku. Biorę głęboki wdech z radości, że nie nawiązała ze mną kontaktu.
Szybko ubieram moje ubrania z poprzedniego dnia: czarną koszulkę, spodnie i buty. Przechodzę szybkim, cichym kroczkiem do przedpokoju. Kiedy zakładam kurtkę, z korytarza słyszę zbieganie po schodach na obcasach. „Czyżby ruda pani doktor?”, myślę. Dziwna ciekawość zmusza mnie do gwałtownego naciśnięcia klamki.
Widzę Claire. Zbiega po stromych schodach, ale mimo to doskonale sobie z tym radzi. Jedną ręką przytrzymuje torebkę, drugą odgarnia ognisto czerwone wręcz pasma włosów. Ma na sobie szmaragdową sukienkę do kolan, którą nakrywa czarnym płaszczem. Na głowie ma czerwony beret, który lekko zlewa się z jej włosami. Jej szyję zdobi czerwony szal, najprawdopodobniej do kompletu z nakryciem głowy.  Jej nogi poruszają się tak szybko, że ciężko je zobaczyć, ale zatrzymują się, kiedy tylko mnie zauważyła.
-Dzień dobry, panie Butterfield. – zaczyna zdyszana. – Przepraszam, ale śpieszy mi się do pracy.
„Albo rzeczywiście jej się śpieszy, albo po prostu nie chce jej się ze mną gadać.” – myślę.
-O-oczywiście. – odpowiadam lekko zdezorientowany.
Uśmiecha się serdecznie. Przez chwilę robi coś dziwnego: krzywi się i przygląda się mnie od stóp do głów. Robię krok, a ona ucieka bez słowa. „Co do cholery…”
Wracam do mieszkania i zakładam skórzaną kurtkę. Słyszę, jak Ib się przewraca i podnosi się z łóżka. Jej wzrok powoduje dreszcze przeszywające mój kręgosłup, ale nic poza tym nie robi. Nawet się nie odwracam i wychodzę.
Schodząc po schodach widzę z okna na klatce schodowej, jak pani ginekolog biegnie truchtem do stacji metra. Dzisiejszy wiatr jest niesamowicie silny, więc jej włosy wirują wokół jej głowy, denerwując ją. Trzepie rękami na wszystkie strony. Nie wiem, dlaczego, ale podoba mi się to.
Wychodzę z wieżowca i kieruję się na parking za nim. Szukam wzrokiem mojego samochodu. Szybko go namierzam i siadam za kierownicą. Sam również jadę do szpitala.
Mijam teatr, komisariat i planty. Kiedy tylko mam okazję, przyglądam się ponurej atmosferze Londynu. Nie pada – tyle. Gdyby deszcz nie istniał – gorzej nie mogłoby być. Wieje wiatr, nie widać ani skrawka błękitnego nieba.
Dojeżdżam do szpitala. Wychodzę z mojego Forda i zakładam kaptur. Zaczyna lać ścianą deszczu. Sprintem biegnę do wejścia. Po wejściu do budynku słyszę szepty, a raczej ciche rozmawianie:
-No powiedz, powiedz! – mówi jakaś dziewczyna.
-No nie wiem… Mógłby mieć… Więc... Aksamitne, ciemne włosy... – zaczyna znany mi głos.
-No! Dalej, dalej!
-Oczy… Błękitne, tak, jak ten skrawek niebieskiego niczym z bajki nieba...
Tłum pielęgniarek wokół niej wzdycha.
Podchodzę do blatu sekretarki. Zdejmuję kaptur i mija chwila, zanim mnie zauważają. Wszystkie czekają chwilę, aż zacznę rozmowę. Siedzą ze zdziwieniem i zaskoczeniem, jakby zobaczyły anioła. Oprócz jednej. Jedna uśmiecha się i staje z krzesełka.
-Hej. Kopę lat. – mówi z ironią. „Pewnie jest zdenerwowana, że jej nie podwiozłem”.
-H-hej. – jąkam się, bo nie spodziewałem się, że mnie zgasi. Dosłownie. – Recep…
-Tak. Recepty. – „Na sto procent JEST zdenerwowana”.
Pielęgniarki śledzą mnie wzrokiem, co mnie krępuje. „O co im do cholery chodzi?!”. Wchodzę do gabinetu Claire. Nie powiem, odpychają mnie trochę te surowe cztery ściany.
-Jesteś wkurzona? – pytam, z nadzieją, że nie da mi w pysk.
-Tak. – „Cóż, przynajmniej szczera.”
Odwraca się, ale nic mi nie robi. Zdenerwowanie najwyraźniej trzyma wewnątrz siebie.  Podchodzi do biurka, wypija łuk krystalicznie czystej wody i sięga do szuflady po bloczek z receptami.
-Ile tego cholerstwa?  - pyta z pogardą w oczach.  „O recepty chodzi, prawda?”
-Chyba dwie. – odpowiadam.
Skrobie coś na papierkach i oddaje mi je po kolei. Wzdycha ciężko. „No to do widzenia, Thomasie Butterfield.”
- No to do widzenia, Thomasie Butterfield. – „Co proszę?!”
Nagle tonę w jasności. Nic nie widzę. Czuję się jak w przepaści. Coś odwala mnie do tyłu i zdzieram sobie łokcie, którymi się podpierałem.
-Thomas?
Słyszę głos Claire, ale nie brzmi dokładnie tak samo: nie ma w nim już złości, obojętności czy zirytowania, ale wydaje się być zatroskany jak nigdy.
-Claire? – mówię.
Moje ciało mnie nie słucha. Nie kontroluję go. Bezwładnie podchodzę do niej i obejmuję ją. Gładzę jej rude włosy. Kiedy patrzy w moje oczy, mówi:
-Witaj z powrotem.
-Ty również. – odpowiadam.
Zbliżam się i ją całuję. „Zaraz, co?!”. Jej usta wydają się być lżejsze i delikatniejsze, niż wyglądały. Zaraz po tym rudowłosa znika z mojego pola widzenia. Oglądam się dookoła.
-Thomas… Thomas, słyszysz mnie?! – dochodzi do mnie z daleka. – Oakland, Butterfield mi zasłabł!
Budzę się. Nade mną kuca Claire i Alex.
-Co się stało, Tom? – mówi Alex. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, od kiedy nasze rodzeństwo bierze ślub.
-N-nie wiem… - mówię, przerażony.
-Zdarłeś sobie łokcie. – mówi Claire, tym samym głosem, co w moim „śnie”. Odchrząkuje. – Co robiłeś?
Szybko wstaję, unikając odpowiedzi. Łapię mocniej recepty i wychodzę z gabinetu, a potem ze szpitala. Odwracam się na chwilę. Claire patrzy na mnie wzrokiem, na który patrzyła na mnie w iluzji. Co jest z nami nie tak? Chyba wiem, kto może wiedzieć. Szybko wybieram numer na komórce.
-Halo, tutaj wiesz kto, zostaw wiesz co, po usłyszeniu wiesz czego.
Sygnał.
-Aiko, musimy poważnie porozmawiać.

Od autorki:

Uff, dzisiaj pracowity dzień! Postacie - zrobione! Rozdział - też! Jeszcze tylko rozdziały w pigułce, i będzie pięknie. Może jeszcze "O Blogu", które miałam zrobić już dawno, dawno temu. Paczały muszą jednak odpocząć. Dziękuję Annabeth i Maggie za komentarze, to wiele dla mnie znaczy. Motywacja, po prostu. By the way, oglądam Breaking Bad! $WAG. Oł jea, bicz! (If ju noł łot aj min). Dzisiaj niby goście, ale blogi leco. Szczerze mówiąc, zrobiłam Kler w Simsach 4, pewnie macie to na obrazku obok. Cóż, na dziś tyle, Pozderki dla wszystkich!
Wasza Alayne <3