sobota, 2 maja 2015

Chapter X - Thomas

-Co? - pytam, lekko zaskoczony.
-Wiadro. - mówi i chichocze. - Nieważne.
Wzdycham. Nie jestem pewien, co chce zrobić i co ma na myśli. Głaszcze swoje ognisto rude włosy i owija je wokół palca. Zamyka oczy i obraca twarz w stronę rzadkiego jak na londyńskie przedwiośnie słońca.
-Widok niespotykany. - stwierdzam.
Nie otwiera oczu. Uśmiecha się za to szeroko, więc biorę to za potwierdzenie. Patrzę na nią, dopóki nie bierze głębokiego oddechu i nie otwiera ślepi.
-Czemu gapisz się na mnie? - pyta i szybko się prostuje. Nie chciałem, żeby to zauważyła. - Co, uważasz, że jestem ślepa? Widzę cię!
Jej głos ma w sobie coś dziwnego. Powoduje, że jestem lekko przerażony i rumienię się, ale ona po chwili parska śmiechem. Nie jestem pewien, jak mam zareagować. Chyba nic dobrego nie wynika z przebywania z nią sam na sam w moim samochodzie. Jednak... sprawia mi to przyjemność.
-Dobra, ja lecę. - mówi i wychodzi z samochodu. - Mam nadzieję, że te starsze panie i jakaś młoda laseczka mnie nie dorwą.
Już ma wyjść, ale ja łapię ją za nadgarstek i odwracam. Moje źrenice pomniejszają się w dziwny sposób i jej spojrzenie powoduje u mnie dreszcze na plecach, które przeszywają mój kręgosłup.
-Nie masz już dzisiaj pracy. - mówię stanowczo, starając się patrzeć w jej zaskoczone, szmaragdowe paczadła. Wybucha śmiechem. Widocznie ją bawię.
-No nieźle. - mówi. - Chytry jesteś. Imponujące.
Siada z powrotem na fotel pasażera i przygląda mi się ze szczerym uśmiechem. Czuję, że nie mogę jej pozwolić, aby stąd wyszła.
-Mogę odwieźć cię do domu. - proponuję z nadzieją, że się zgodzi.
-Nie, dzięki. - mówi. - Po co miałabym kupować miesięczny bilet do metra, gdybym wiedziała, że będziesz mnie codziennie odwoził do domu? Działasz prawie niczym jakaś darmowa, przyjazna taksówka.
Próbuję przez chwilę znaleźć jakiś sposób, żeby została ze mną dłużej. Wtedy odkryłem coś, co mnie zdziwiło. Kiedy zapraszam Ib na jakieś wyjście, do parku czy coś w tym stylu, wszystko jest w porządku i mówię to prosto z mostu, wręcz na odwal się. Ale teraz... Nawet nie wiem, jak zacząć, chociaż trochę doświadczenia w zapraszaniu kobiety na spotkanie mam. Mimo wszystko muszę ją zatrzymać dla siebie na więcej.
-Nie masz dzisiaj nic do roboty, to może choć napijesz się kawy? - pytam i czuję, jak podnosi mi się ciśnienie.
Claire, dotąd pewna siebie, zastyga w jednej pozycji. Pierwszy raz zaskoczyłem ją tak, że nie potrafi odpowiedzieć. Pierwszy raz czuje się tak, jak ja za każdym razem, kiedy rozmawiamy. Teraz... teraz czuję dziwne poczucie śmiałości.
-P-Proszę? - mówi. - Na... kawę?
-Nie, wiesz, na piwo. - gaszę ją. - Pytam się, czy pójdziesz ze mną na kawę.
"Jeszcze tylko chwila zastanowienia. Powiedz "tak"." - myślę.
-No dobra. - "Tak!" - W sumie mam dzisiaj już wolny dzień, czemu by nie spędzić go z przyjaznym kierowcą darmowej taksówki. 
Cieszę się z całego serca. Nie wiem nawet, dlaczego. Serce mi wali jak szalone. Uśmiecham się i wychodzę z nią z pojazdu.
-Mam rozumieć, że Romeo zabiera mnie do pobliskiej kawiarenki? - mówi z przekonaniem.
-A żeby Julia wiedziała. - odpyskuję. Skąd u mnie ta pewność siebie? Przecież mam dziewczynę.
Biorę ją pod rękę i razem idziemy krok w krok do Kaffeine, czyli kawiarni, w której mam już obczajoną obsługę i towary. Bardzo przyjemna miejscówka.
Wchodzę pierwszy do przytulnego, dość małego pomieszczenia i gwiżdżę.
-Sunny! Hanky! Gdzież wy, kiedy was potrzebuję? - wołam.
Z drzwi wyłania się starsza kobieta z blond włosami ze swoim łysym synem - mięśniakiem.
-Och, Tommy! Jak ja cię długo nie widziałam! - mówi właścicielka, obejmując mnie przyjaźnie. - Powiedz, że tym razem nie masz ze sobą Ib!
-Nie, nie ma jej ze mną. - odpowiadam.
-Ach, to dobrze. Kim więc jesteś, młoda duszyczko? - zwraca się do rudowłosej.
-Ekhem, Claire Rutherford. Ze szpitala. - mówi ze spokojem.
-Hanky! Nawet nie próbuj! - krzyczy do syna.
Przed nami stoi wielki, silny mięśniak. Nienawidzę gnojka, ale jestem od niego wyższy, więc jestem bardziej #fabolous. Poza tym oswoiłem rudą, więc jestem miszczem.
-Mame... Chyba się najarałem... - mówi, patrząc na Claire, która chowa się za moimi plecami. Marszczę brwi.
-Hanky, nawet się nie waż jej tknąć. - mówię stanowczo.
-A bo co mi zrobisz, kochasiu? - grozi. Czerwienię się.
-Dobra, Hanky, rób...? - pyta, czekając na naszą odpowiedź.
Spoglądam na Claire. Wzrusza ramionami.
-Dwa razy espresso. I jakieś dobre ciastko. - zamawiam.
-Hanky, słyszałeś. Zasuwaj, bo nie dostaniesz dzisiaj deseru biedaku. - wrzeszczy Sunny.
Kieruję się z rudowłosą do stolika dla dwóch osób i patrzę na jej lekko przerażoną minę. Kiedy odwraca się do mnie i patrzymy na siebie, uśmiecha się z ulgą.
Po niedługiej chwili oczekiwania do stołu przychodzi Hanky, kłania się i stawia dwie, malutkie filiżanki z czarnym espresso, do tego dwa herbatniki. Na koniec zostawia jeszcze małą, złożoną w pół karteczkę i rzuca ją w stronę Claire. Dziewczyna otwiera ją lekko, sięga do torebki, wyjmuje z niej długopis i coś skrobie. Potem za jednym razem wypija espresso i składa karteczkę z powrotem. Żeby nadążyć, piję kawę jak najszybciej, ale nie mogę jej dogonić. Widać, że Hanky jej nie zaimponował i chce już stąd wyjść. Jest zupełnie inaczej, niż gdy byłem tu z Ib. Wstaje z krzesła i kiwa głową w stronę drzwi wyjściowych. Odpowiadam jednym kiwnięciem i odnoszę tackę z brudnymi naczyniami. Z ciekawości jednak otwieram karteczkę, którą przyniósł Hanky. Na jednej stronie pisze "You're a Woman, I'm a Man...", a na odwrocie "Spieprzaj gnoju". Aiko opowiadała, że Claire jest powściągliwa i szybko się denerwuje, ale nie wiedziałem, że aż tak. Przynajmniej podziela moją nienawiść do Hanky'ego.
Szybko wychodzimy razem z kawiarni.
-Dobra, miło było, ja muszę lecieć. - mówi na pożegnanie.
-Następnym razem pójdziemy tam, gdzie TY będziesz chciała. - mówię, jakby to nie było nic ważnego. Czy ja właśnie... Powiedziałem, że znowu chcę z nią wyjść? Czy zaprosiłem ją na... randkę? Nie, Thomasie Butterfield, nie.

Od autorki:

Dzisiaj taki luźny, króciutki wpis, po długiej przerwie <3
Akcja się nieco rozkręca, nie powiem. Tomek coś ten tego. Ale Claire nie. Huehue. Ogólnie wszyscy dzisiaj lekko zjarani. Ale szczerze mówiąc, lałam, jak to pisałam.
A jeżeli chodzi o takie nieco MOJE aktualności, to żyję i oddycham. Jestem w trakcie wielkiej obsesji na punkcie mangi i anime, ale nie porzuciłam seriali i jaram się Grą o Tron. Jorah z buta wjeżdża FRAJERZY!
Majówka się kończy, i czeba do szkoły wrócić :p
No ale! Nie przejmujmy się! W piątek Avengersi! *FANGIRLING*
Wasza Alayne <3





piątek, 10 kwietnia 2015

Chapter IX - Claire

Budzę się. Moje ciało dygocze, a twarz czerwienieje, mokra od łez. Rude włosy opadają na moje ramiona. Dyszę.
Zrywam się szybko z poduszki w niebieskie kwiaty. Ruszam nogami. Nie czuję ich. Odsłaniam kołdrę. Moje łydki i uda są poharatane i pokaleczone, a na lewej stopie krew leje mi się strumieniami z zadrapania. Kołdra jest rubinowa, a w niektórych miejscach krew zdążyła już skrzepnąć.
Wrzeszczę i wyrzucam ją na podłogę. Oddycham płytko. Czuję, że brakuje mi powietrza. Opieram się o parapet. Po chwili odwracam się i otwieram na oścież okno. Przybliżam się do niego i wdycham zimny, orzeźwiający wiatr Londynu o poranku. Wyciągam pasmo włosów z ust. Nadgarstkami zakrywam oczy i prostuje wyczuwane już nogi. Stawiam je na ziemi. Sięgam niepewnie po słuchawkę dzwoniącego telefonu.
-Przepraszam, nie mam teraz ochoty rozmawiać. - ledwo wyduszam z siebie.
-Claire... - odzywa się ktoś.
Claire... Claire? Ach, przecież to ja.
Nie jestem pewna, co robić. Odezwać się?
-Claire, proszę.
Rozłączam się. Patrzę na podłogę. Leży tam para czarnych, zakrwawionych szpilek. Mój dywan jest czerwony. Na etażerce stoi sterta książek i herbata w zielonkawym kubku. Odkładam tam również telefon, który ponownie dzwoni. Po prostu wdycham świeże, londyńskie powietrze i wychodzę, ciągnąc za sobą krwawą kołdrę. Prawie zapominam o moich ranach na nogach. Czuję się jak prawdziwy morderca.
Kołdrę wsadzam do pralki, wsypuję proszek do prania i wlewam płyn. Zamykam ją i wyję z bólu.
Kładę się na podłodze w łazience. Podnoszę rękę, żeby dosięgnąć spirytusu, bo to jedyne, co mam teraz w szafce. Resztę leków mam w apteczce w kuchni. Nie sięgam. Nie mogę wstać, ani w jakikolwiek inny sposób się poruszyć. Leżę i zasypiam.
Jestem w śnie. Przede mną wielki pokój. Nie chcę, ale wchodzę na długi jak cholera, ciemny tunel. Przyspieszam niepotrzebnego kroku. Jedyna część ciała, jaką kontroluję, to moja głowa. Odwracam ją i widzę sylwetkę mężczyzny stojącego jakieś trzydzieści kroków za mną. Idę dalej, bo nie wiadomo co bym zrobiła, i tak musiałabym iść. Co chwila odwracam się za mnie. Mężczyzna nadal za mną chodzi. Zbliża się. Kiedy odwracam głowę z powrotem, staję w ślepej uliczce. Cholera jasna. Dreszcz przechodzi mi przez kręgosłup, ale w końcu odwracam się i staję z nim twarzą w twarz. Nie ma ust, ani włosów, jest wychudzony, widać mu żebra i jego ciało zbudowane jest jakby z piachu. Nie ma oczu, ma tylko jakieś wydrążone w skórze głębokie doły. Przechyla głowę.
Budzę się z krzykiem. Wstaję najszybciej, jak tylko mogę. Nagle przybywa mi sił. Biorę ten cholerny spirytus i wylewam go całego na obie nogi. Wrzeszczę.
***
-Do widzenia. - żegnaj się z pacjentem i wychodzę z gabinetu. Widzę, jak za oknem jest ciepło i świeci słońce. Dziwna pogoda, jak na wczesny marzec.
-Kończę? - pytam sekretarki.
-Tak, pani doktor. - odpowiada Luna, kręcąc kosmykiem swoich włosów.
Uśmiecham się krzywo i zaglądam do szafy. Wyciągam z niej mój płaszczyk na cieplejsze dni i zamieniam go z fartuchem lekarskim. Wychodzę z pokoju socjalnego i słyszę tłum pielęgniarek, wykrzykujących moje imię.
-Dzisiaj wracamy z tobą! Jedziemy na Baker Street! - krzyczą. - Ale najpierw musisz iść na jakieś tam psychiatryczne badania, to nic strasznego.
-Psychiatryczne badania? Żartujecie? - pytam, parskając śmiechem.
-Po prostu idź, zbadaj się i przyjdź do nas. - rzecze jedna z nich.
Wzdycham i przechodzę do pokoju obok.
Przy biurku siedzi jakaś kobieta i przegląda kartki.
-Och, pani doktor Rutherford! - mówi. - Miło panią poznać. Proszę usiąść.
Siadam zgodnie z rozkazem i odkładam torbę na podłogę.
-Proszę panią o wypełnienie tej ankiety. To tylko na prześledzenie pani psychiki, nie gryzie. - mówi, z niesamowitym spokojem.
Kiwam głową i biorę do ręki długopis.

Test na zdrowie psychiczne

Witaj. Zadamy Ci 10 pytań, odpowiadaj na nie, jak tylko chcesz, możesz rysować na tej stronie, co tylko chcesz. Po prostu WYPEŁNIAJ. No dobra.

1. Co Cię najbardziej denerwuje w Twoim życiu?
Nic? Jestem bardzo zadowolona.
2. Masz sympatię?
Em... Nie?
3. Jeżeli tak, co Ci się w niej najbardziej podoba?
Cholera jasna, nie mam żadnej.
4. Jeżeli nie, chciałbyś/chciałabyś mieć takową?
Nie. Jestem sama i dobrze mi z tym.
5. Jaka jest Twoja najbardziej znienawidzona pora dnia?
Noc.
6. Dlaczego?
Bo tak. #sassy
7. Jakie jest Twoje hobby?
Snucie opowieści. Ale na pewno nie robienie pierdolonych ankiet.
8. Masz przyjaciół?
Nie. Nie wiem. Mam to gdzieś, nie potrzebuję przyjaciół.
10. To już koniec ankiety. Cieszysz się?
 Jak najbardziej.

-Zrobiłam. - mówię i oddaję skrawek papieru kobiecie. Pospiesznie wychodzę z pokoju, nawet się nie żegnam. Na korytarzu czeka już na mnie tłum. Co to było do cholery?
-No i jak poszło? - chichoczą.
-Nie wiem. Chyba dobrze. - również się śmieję, wtapiając się w tłumik.
Przeciskam się przez drzwi, bo pielęgniarki zawsze są na tyle roześmiane i ruchliwe, że przejść trudno.
Nagle dostrzegam za nimi srebrnego, starego Forda. Chyba już wiem, co zrobić.
Ktoś stoi za mną i łapie mnie za nadgarstek. Momentalnie się odwracam. Thomas. Patrzę na niego porozumiewawczym wzrokiem, przeskakując na chwilę na tłum pielęgniarek.
-Skarbie. - "Co do cholery?! Nie, Boże, nie tak!" - Musimy iść.
Szybko się odwracają i przyglądają się, jak Thomas całuje mnie czoło. Pocę się ze stresu i zbulwersowania.
-Ach tak. - mówi ich przełożona. - Nie mówiłaś, że kogoś masz.
Kopię go w kolano. Krzywi się, czuję to.
-Bo to od kilku dni, więc nie zdążyłam. - wymyślam jakiekolwiek wymówki, żeby móc iść i go opieprzyć.
-O Jezu, szczęścia! - krzyczy jedna totalnie zjarana. - Proszę, pocałuj ją jeszcze raz! - "Cholera, zabiję je kiedyś. I jego też." - To takie słodkie, że Claire nareszcie sobie kogoś znalazła!
Czerwienię się.
-Właściwie to... Musimy już iść, prawda? Kochanie? - mówię z ironią, mając ochotę go zbesztać.
-Dokładnie tak! - odpowiada.
Łapię go za rękę i biegnie ze mną do jego samochodu. Szybko go otwiera, siadam na miejscu pasażera.
-Cholera, co to miało być?! - zaczynam z grubej rury.
-Nie wiedziałem, że to tak będzie, uratowałem ci tyłek, więc nie narzekaj.
-Teraz myślą, że kogoś mam! - krzyczę z niedowierzaniem.
-No i co? - pyta.
-Wiadro! Chciałam, żebyś mnie stamtąd zabrał, a nie udawał mojego kochasia!
-Ups. - mówi. - Ale nie po to tu jestem.
-To po co?
Wzdycha.
-Po prostu wiedz, że ja też byłem w tej wizji. - nachyla się nade mną.
-W której? - pytam.

Od autorki:

Huehue, ale trolla zrobiłam! O fak, przecież ja tego jeszcze nie wymyśliłam. A kij. Ale mam nadzieję, że wszystko idzie w dobrą stronę. Thomas taki uroczak. Huehue. Dopóki nie wyjaśni się sprawa, będę tajemnicza. Hihi.
Alayne, jak zawsze tajemnicza *bez emotikonki*


niedziela, 5 kwietnia 2015

Chapter VII - Thomas



[A/N] Ten rozdział (jak i wszystkie następne) jest pisany w czasie teraźniejszym. Bo tak. O to mnie nie pytać. Po prostu zmieniłam zdanie o tym, w jaki sposób chcę pisać, a nowego bloga mi się nie chce zakładać.

Thomas
Budzę się. Otwieram nieśmiało oczy i patrzę na Londyn o poranku. Mimo że jest siódma, samochody już jeżdżą i piszczą opony. Metro jest już otwarte i ludzie śpieszą się do pracy. Wszystko to widzę zza jej pleców.
Przytulam ją. Przyglądam się jej lśniącym, ciemnobrązowym włosom. Czuję, że mocniej uściska moją dłoń.  Unosi lekko głowę i chyba chce się odwrócić w moją stronę. Odruchowo zbieram siły i wstaję, tak szybko, jak tylko mogę. Zdezorientowana kładzie ciało z powrotem na łóżku. Biorę głęboki wdech z radości, że nie nawiązała ze mną kontaktu.
Szybko ubieram moje ubrania z poprzedniego dnia: czarną koszulkę, spodnie i buty. Przechodzę szybkim, cichym kroczkiem do przedpokoju. Kiedy zakładam kurtkę, z korytarza słyszę zbieganie po schodach na obcasach. „Czyżby ruda pani doktor?”, myślę. Dziwna ciekawość zmusza mnie do gwałtownego naciśnięcia klamki.
Widzę Claire. Zbiega po stromych schodach, ale mimo to doskonale sobie z tym radzi. Jedną ręką przytrzymuje torebkę, drugą odgarnia ognisto czerwone wręcz pasma włosów. Ma na sobie szmaragdową sukienkę do kolan, którą nakrywa czarnym płaszczem. Na głowie ma czerwony beret, który lekko zlewa się z jej włosami. Jej szyję zdobi czerwony szal, najprawdopodobniej do kompletu z nakryciem głowy.  Jej nogi poruszają się tak szybko, że ciężko je zobaczyć, ale zatrzymują się, kiedy tylko mnie zauważyła.
-Dzień dobry, panie Butterfield. – zaczyna zdyszana. – Przepraszam, ale śpieszy mi się do pracy.
„Albo rzeczywiście jej się śpieszy, albo po prostu nie chce jej się ze mną gadać.” – myślę.
-O-oczywiście. – odpowiadam lekko zdezorientowany.
Uśmiecha się serdecznie. Przez chwilę robi coś dziwnego: krzywi się i przygląda się mnie od stóp do głów. Robię krok, a ona ucieka bez słowa. „Co do cholery…”
Wracam do mieszkania i zakładam skórzaną kurtkę. Słyszę, jak Ib się przewraca i podnosi się z łóżka. Jej wzrok powoduje dreszcze przeszywające mój kręgosłup, ale nic poza tym nie robi. Nawet się nie odwracam i wychodzę.
Schodząc po schodach widzę z okna na klatce schodowej, jak pani ginekolog biegnie truchtem do stacji metra. Dzisiejszy wiatr jest niesamowicie silny, więc jej włosy wirują wokół jej głowy, denerwując ją. Trzepie rękami na wszystkie strony. Nie wiem, dlaczego, ale podoba mi się to.
Wychodzę z wieżowca i kieruję się na parking za nim. Szukam wzrokiem mojego samochodu. Szybko go namierzam i siadam za kierownicą. Sam również jadę do szpitala.
Mijam teatr, komisariat i planty. Kiedy tylko mam okazję, przyglądam się ponurej atmosferze Londynu. Nie pada – tyle. Gdyby deszcz nie istniał – gorzej nie mogłoby być. Wieje wiatr, nie widać ani skrawka błękitnego nieba.
Dojeżdżam do szpitala. Wychodzę z mojego Forda i zakładam kaptur. Zaczyna lać ścianą deszczu. Sprintem biegnę do wejścia. Po wejściu do budynku słyszę szepty, a raczej ciche rozmawianie:
-No powiedz, powiedz! – mówi jakaś dziewczyna.
-No nie wiem… Mógłby mieć… Więc... Aksamitne, ciemne włosy... – zaczyna znany mi głos.
-No! Dalej, dalej!
-Oczy… Błękitne, tak, jak ten skrawek niebieskiego niczym z bajki nieba...
Tłum pielęgniarek wokół niej wzdycha.
Podchodzę do blatu sekretarki. Zdejmuję kaptur i mija chwila, zanim mnie zauważają. Wszystkie czekają chwilę, aż zacznę rozmowę. Siedzą ze zdziwieniem i zaskoczeniem, jakby zobaczyły anioła. Oprócz jednej. Jedna uśmiecha się i staje z krzesełka.
-Hej. Kopę lat. – mówi z ironią. „Pewnie jest zdenerwowana, że jej nie podwiozłem”.
-H-hej. – jąkam się, bo nie spodziewałem się, że mnie zgasi. Dosłownie. – Recep…
-Tak. Recepty. – „Na sto procent JEST zdenerwowana”.
Pielęgniarki śledzą mnie wzrokiem, co mnie krępuje. „O co im do cholery chodzi?!”. Wchodzę do gabinetu Claire. Nie powiem, odpychają mnie trochę te surowe cztery ściany.
-Jesteś wkurzona? – pytam, z nadzieją, że nie da mi w pysk.
-Tak. – „Cóż, przynajmniej szczera.”
Odwraca się, ale nic mi nie robi. Zdenerwowanie najwyraźniej trzyma wewnątrz siebie.  Podchodzi do biurka, wypija łuk krystalicznie czystej wody i sięga do szuflady po bloczek z receptami.
-Ile tego cholerstwa?  - pyta z pogardą w oczach.  „O recepty chodzi, prawda?”
-Chyba dwie. – odpowiadam.
Skrobie coś na papierkach i oddaje mi je po kolei. Wzdycha ciężko. „No to do widzenia, Thomasie Butterfield.”
- No to do widzenia, Thomasie Butterfield. – „Co proszę?!”
Nagle tonę w jasności. Nic nie widzę. Czuję się jak w przepaści. Coś odwala mnie do tyłu i zdzieram sobie łokcie, którymi się podpierałem.
-Thomas?
Słyszę głos Claire, ale nie brzmi dokładnie tak samo: nie ma w nim już złości, obojętności czy zirytowania, ale wydaje się być zatroskany jak nigdy.
-Claire? – mówię.
Moje ciało mnie nie słucha. Nie kontroluję go. Bezwładnie podchodzę do niej i obejmuję ją. Gładzę jej rude włosy. Kiedy patrzy w moje oczy, mówi:
-Witaj z powrotem.
-Ty również. – odpowiadam.
Zbliżam się i ją całuję. „Zaraz, co?!”. Jej usta wydają się być lżejsze i delikatniejsze, niż wyglądały. Zaraz po tym rudowłosa znika z mojego pola widzenia. Oglądam się dookoła.
-Thomas… Thomas, słyszysz mnie?! – dochodzi do mnie z daleka. – Oakland, Butterfield mi zasłabł!
Budzę się. Nade mną kuca Claire i Alex.
-Co się stało, Tom? – mówi Alex. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi, od kiedy nasze rodzeństwo bierze ślub.
-N-nie wiem… - mówię, przerażony.
-Zdarłeś sobie łokcie. – mówi Claire, tym samym głosem, co w moim „śnie”. Odchrząkuje. – Co robiłeś?
Szybko wstaję, unikając odpowiedzi. Łapię mocniej recepty i wychodzę z gabinetu, a potem ze szpitala. Odwracam się na chwilę. Claire patrzy na mnie wzrokiem, na który patrzyła na mnie w iluzji. Co jest z nami nie tak? Chyba wiem, kto może wiedzieć. Szybko wybieram numer na komórce.
-Halo, tutaj wiesz kto, zostaw wiesz co, po usłyszeniu wiesz czego.
Sygnał.
-Aiko, musimy poważnie porozmawiać.

Od autorki:

Uff, dzisiaj pracowity dzień! Postacie - zrobione! Rozdział - też! Jeszcze tylko rozdziały w pigułce, i będzie pięknie. Może jeszcze "O Blogu", które miałam zrobić już dawno, dawno temu. Paczały muszą jednak odpocząć. Dziękuję Annabeth i Maggie za komentarze, to wiele dla mnie znaczy. Motywacja, po prostu. By the way, oglądam Breaking Bad! $WAG. Oł jea, bicz! (If ju noł łot aj min). Dzisiaj niby goście, ale blogi leco. Szczerze mówiąc, zrobiłam Kler w Simsach 4, pewnie macie to na obrazku obok. Cóż, na dziś tyle, Pozderki dla wszystkich!
Wasza Alayne <3

niedziela, 22 marca 2015

Chapter VI - Claire

-Doktor Rutherford?
Znajoma osoba weszła przez białe, surowe drzwi od mojego gabinetu. Zarumieniła się odrobinę.
-Dzień dobry. - powiedziałam serdecznie.
Dziewczyna rozejrzała się i chyba pomyślała, że pomieszczenie nie jest za przytulne. Lekko rozkojarzona usiadła szybko na krześle i zaczęła szukać czegoś w torebce.
-Proszę. - powiedziała, podając mi swój dowód osobisty.
-Pani Butterfield... Ach! Miałyśmy dzisiaj robić USG, prawda?
Pokiwała głową. Poprowadziłam ją do sali ze sprzętem i poprosiłam ją, aby położyła się na łóżku szpitalnym. Sama usiadłam na stołek koło urządzenia i naniosłam specjalny żel na pędzelek, jak to zwykle mówiłam na to cholerstwo, którym robiłam badanie.
-Jak się pani trzyma? - zapytałam, gładząc pędzelkiem jej brzuch.
-Nawet dobrze - odpowiedziała. - Wczoraj wszystko było w porządku.
-Dobrze...
Nagle przerwałam rozmowę. Na monitorze zobaczyłam coś dziwnego.
-Byłaś wcześniej u innego ginekologa? - spytałam.
-Nie, coś się stało?
Przyglądałam się ekranowi. Uśmiechałam się.
-Doktor... To znaczy... Claire, coś się dzieje? Coś jest źle? - powiedziała przerażona.
-To chyba będą dwie niespodzianki.
Ze zdziwieniem popatrzyła na monitor i zakryła usta.
-Niemożliwe...
-Będziesz miała bliźniaki! - zawołałam.
Wydrukowałam zdjęcie USG. Dziewczyna nie mogla uwierzyć własnym oczom.
-Naprawdę urodzę dwójkę? - zapytała przy wyjściu.
-Aye. - odpowiedziałam. - Chociaż jedno z nich będzie miało kilka minut więcej.
Zachichotała.
-Czekasz na kogoś? - spytałam.
-Tak... Bertie po mnie przyjedzie.
-Musisz mu powiedzieć jak najszybciej.
Kiedy już przyjechał, wyszeptała mu coś do ucha. On natychmiast wziął ją na ręce i pokołysał. Był przeszczęśliwy. Gdy odjeżdżali, Aiko pomachała mi serdecznie.
***
Wyszłam spod prysznica. Założyłam krótką, zieloną koszulę nocną i narzuciłam mój czerwony szlafrok. Upięłam koka i nastawiłam wodę na herbatę w kuchni. Wyjęłam earl grey i wrzuciłam torebkę do kubka z House of Cards. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
Opuściłam kuchnię i otworzyłam drzwi.
-Cześć! - zawołała brunetka.
-Cześć... - przywitałam się, trochę niezręcznie.
-Jestem Ib! Przyszłam, bo podobnież masz jakieś recepty dla siostry Thomasika! - powiedziała, trzepocząc irytująco rzęsami. - Jestem z piętra niżej!
-Ach. Dla Aiko?
-Mhm-hm!
-Poczekaj...
Wypisałam szybko dwie recepty. Podbiłam je pieczątką, ale kiedy się odwróciłam, Ib już tam nie było.
-Ib! Do jasnej cholery, gdzie ona jest! - wymamrotałam.
-Tutaj! - powiedziała, wyłaniając się zza ściany.
-Masz to i idź już.
Podałam jej papierki i popędziła schodami na dół.
Dziewczyna była dziewczyną Thomasa, stąd wiedziałam, że mogę jej ufać. Już ją raz widziałam.
Zaparzyłam herbatę i usiadłam przed laptopem. Odpaliłam Netfixa i włączyłam Orange is the New Black, ale oglądanie przerwał mi dzwonek telefonu.
-Halo?
-Halo? Dzień dobry, z tej strony brat Aiko.
-Thomas Butterfield. W czym mogę pomóc?
-Serdecznie dziękuję za recepty. Aiko źle się czuje. Jest trochę rozpalona. Jutro wpadnę do szpitala.
-Jasne. Proszę ją pozdrowić. I niech pan nie wpada.
-Hm?
-Sama przyjdę. Jeżeli się źle czuje, to ja muszę ją zobaczyć. Do usłyszenia.
-Do widzenia, Claire.
Rozłączyłam się. To było dziwne. Czemu nawet on mówi do mnie po imieniu?


Od autorki:

No witam witam! Dzisiaj postanowiłam, że rozdziały będą tej długości albo dłuższe. Nie krótsze, ale nie jakieś super długie. Ale dobra! Wracamy do fabuły. Wszystko zmierza w jednym kierunku, spokojnie. Wszystko pod kontrolą. Zbliżamy się do rozwiązania tajemnicy Claire, huehue. Misao przeszłę! Trochę to wpłynęło na moją psychikę, więc i na moje pomysły. Jestem zdemoralizowana, ale co tam. Już niedługo Wielkanoc! Jupi! Koniec szkoły! Aj min, na chwilę, ale jednak jest coś. Czeba się przygotować. Na razie tyle, pozderki dla Was!

Alayne ;3

niedziela, 15 marca 2015

Chapter V - Aiko

-Mogłabym oddzwonić później? - zapytała lekko zawstydzona.
-Jasne, nie ma problemu! - odpowiedziałam.
Odłożyłam słuchawkę i przez chwilę dumałam. Dlaczego się tak zachowywała? Thomas coś jej zrobił? A może ona jemu? Wtedy te pytania dręczyły mnie najbardziej.
-Skarbie, coś się stało? - spytał Bertie.
Widziałam, jak marszczy czoło. Byłam świadoma, że z mojego wyrazu twarzy wszystko można było odczytać.
-Nie wiem... To znaczy... Dzisiejszy dzień różni się od innych. Od kiedy Claire się pojawiła, jestem trochę przerażona. Kiedy na mnie patrzyła, widziałam tą obojętność w jej oczach. Co będzie, jeżeli nigdy nie będzie pamiętała?
Czułam, jak do oczu napływają mi łzy. Nigdy nie lubiłam tego nieprzyjemnego łaskotania w ich okolicach. Zakryłam twarz dłońmi.
-Dlaczego tylko my pamiętamy? Dlaczego nawet Thomas nie pamięta Claire? Dlaczego...?
-Shhh... Aiko... Teraz jesteśmy tylko my. I to my musimy sprawić, aby wszyscy pamiętali siebie. Wszystko zależy od nas. - powiedział szeptem.
-Dlaczego? Dlaczego akurat my...?
-Bo to my byliśmy pierwsi. To my pierwsi byliśmy zagubieni w sobie, a czuliśmy się odnalezieni. Claire nie była zakochana w Thomasie, pamiętasz? To nie była miłość od pierwszego wejrzenia.
-Dla niego była. To ja nauczyłam go, aby w nią wierzyć. Dzięki tobie.
-Zatem skąd wiesz, że teraz nie będzie? Historia mogłaby zatoczyć koło. To całkiem możliwe.
Podniosłam się.
-Jedyne, czego teraz pragnę, to żebym była już po porodzie, żebym była w Santoro's.
-Wiesz, że to niemożliwe.
-Ale ja wierzę, że nie jest.
Zauważyłam, że chce coś powiedzieć, ale zignorowałam to i poszłam do kuchni, aby zaparzyć kawy. Otworzyłam szafkę i wzięłam torebkę z sypaną. Ze zdenerwowania, najprawdopodobniej, wyrzuciłam ją na podłogę. Cały brązowy proszek wysypał się z woreczka. Wybuchłam gwałtownie płaczem i wrzasnęłam. Usiadłam na kafelkach, płacząc i krzycząc.
-AIKO! - zawołał Bertie, biegnąc już w moją stronę. - Nie krzycz! Wszystko w porządku...
Wziął mnie na ramiona i położył na kanapie.
-Zdrzemnij się. Ja posprzątam. - wyszeptał mi do ucha. - Twój nieodpowiedzialny brat powinien wrócić niedługo.

***

-Aiko?
Podniosłam głowę z poduszki. Wydawała się być o wiele cięższa niż wcześniej.
-Tommy? Już jesteś? - zapytałam ledwo żywa.
Odgarnął swoje ciemno brązowe włosy i zamknął oczy, po czym chwilę później otworzył je szeroko.
-Mogłaś zadzwonić. - powiedział, kucając koło mnie.
-Ale po co? - zapytałam.
-Mógłbym się tobą zaopiekować. Nie musiałem tam być. Wręcz nie chciałem.
Skuliłam głowę.
-Jestem twoim bratem. Jestem tu dla ciebie. Jeżeli tylko mnie zawołasz, pomogę ci.
-Ty... Ty n-nie p-pamiętasz... A i-i tak j-jesteś dla mnie taki s-sam... - wymamrotałam.
-Co mówiłaś?
Rzuciłam się mu w ramiona. Uścisnął mnie przyjaźnie.
-Powodzenia - szepnęłam. - Na pewno ją odnajdziesz.

Od autorki: 

No witam witam! Dzisiaj rozdział króciutki, ale co tam. Mało weny. Boże, muszę dłużej pisać. Byłam na Kopciuszku, dokładnie tak! Stałam się ogromną fanką Tycia. Książę ma ksywę Tycio. Takie właśnie są skutki pójścia na dubbing. Szczególnie, że jestem totalnym Maddmanem. If you know what I mean. I było Frozen Fever! Znicz dla tych, co nie idą [*] Co do rozdziału, pojawia coraz więcej wątków! Aiko i Bertie mają misję do wypełnienia, podczas kiedy inni siedzą na dupie i czekają, aż tamci ich połączą. Przynajmniej teraz.  W wolnych chwilach gram sobie w Misao, o się strasznie wkręciłam (nie, nie podam linka, bo jestem leniwa) i jadę na IEMy. Tak, byłam! Yaaay! Ave Ja! Przeszłam przez tą cholerną kolejkę! Pozderki dla Annabeth Caffrey, która była tam ze mną! I spotkałyśmy MaryKateAn, NNiezapominajkę, Delopera i oczywiście Cosplayowców! OMFG! A dzisiaj zamierzam oglądać Into The Woods, czy też Tajemnice Lasu, oczywiście z napisami polskimi! Zobaczymy, kim będzie Anna Kendrick i gość, który wygląda jak Matt Bomer! 
Pozderki, pozderki!
Alayne <3


                                                                                                 

sobota, 7 marca 2015

Chapter IV - Aiko

Kiedy wyszli z mieszkania, rzuciłam się na kanapę i włączyłam BBC One, żeby móc obejrzeć następny epizod Sherlocka. Odcinek trochę trwał, a kiedy skończyłam oglądać, zadzwonił do mnie Bertie.
-Halo?
-Cześć, kochanie. - powiedział z radością. - Była ta ginekolog?
-Była. Niby dosyć krótko, ale kazałam Tomkowi odwozić ją
-Haha, ale ty go wykorzystujesz.
-Wcale nie! - krzyknęłam.
-Dobra, dobra. Mogę wpaść? - zapytał.
-Jasne! Gdzie jesteś?
-W windzie. - powiedział żartobliwym głosem.
Zaśmiałam się i odłożyłam słuchawkę. Podeszłam do drzwi, robiąc szybkiego warkocza z moich długich, prawie białych włosów. Nie czekałam na niego dwie minuty, a on już zapukał do drzwi.
Jakoś nigdy nie pamiętałam, od kiedy byliśmy parą. Jakoś tak... Od zawsze.
Otworzyłam mu. Uśmiechnięty jak zwykle uśmiechem łobuza. Zawsze, kiedy mnie widział, jego oczy błyszczały i widziałam w nich zawsze ten sam błysk. Uważałam, że to zjawisko paranormalne. Nie wiedziałam, dlaczego. Uznawałam, że jesteśmy sobie pisani, że jest to zapisane gdzieś w gwiazdach. Uwielbiałam wszystkim tak mówić i chwalić się, że go mam. Chciałam tego samego dla brata. Liczyłam, że Ib mu pomoże, ale najwidoczniej potrzebował kogoś innego. Płakałam każdej nocy, kiedy wkurzał się na nią i krzyczał na siebie: "Dlaczego się na to zgodziłem?! Bez tej durnej brunetki mój świat byłby lepszy!". Udawałam, że nic nie słyszałam. Nie wiedziałam, co myśleliśmy, kiedy namówiliśmy go z Bertiem do spotykania się z siostrą Bertiego. Wtedy nie próbowałam nawet to odkręcić, bo wiedziałam, że Isabelle naprawdę się w nim zakochała. Niezbyt się dziwiłam, ale nadal chciałam dla niego jak najlepiej.
-Dobry wieczór, moja Śnieżko. - rzekł.
-Hej. - powiedziałam, rzucając się mu ramiona.
Tak dobrze się wtedy czułam...
-Wchodź!
Zamknęłam za nim drzwi i przeszliśmy do salonu. Usiadł na jednym z foteli i zaczął wypytać o ciążę. Praktycznie na każde z nich odpowiadałam: "Dobrze, dobrze...". Chyba zauważył, że coś jest nie tak.
-Śnieżko, coś nie tak? - odezwał się nagle.
-Nie, nic... Po prostu martwię trochę. Gadałam dzisiaj z tą ginekolog o problemie. O Thomasie.
-Kotku... - powiedział, łapiąc i ogrzewając moje ręce. - Mogę powiedzieć Ib, żeby się od niego odwaliła, jeśli ciebie to uszczęśliwi.
-Nie, to nie jest dobre rozwiązanie... Szanse, że kogoś sobie znajdzie, a raczej zechce z kimś być, są zerowe. Nie wiem, co mamy teraz zrobić.
-Cuda się zdarzają. Trzeba wierzyć, że znajdzie kogoś, tak samo jak ja znalazłem ciebie i będzie mu z nią tak dobrze, jak nam. Może już ją znalazł? A co z Claire?
-Wątpię. Nie zakochuje się w dziewczynach tak szybko, jak one w nim. Potrzebowałby kogoś, kto nie jest w ogóle nim zainteresowany. Kto go nie lubi albo jest wobec niego obojętny. Nie sądzę, żeby znał taką osobę.
-O tym się przekonamy.
Nagle zadzwonił mój telefon.
-Halo?
-Halo? Tutaj doktor Claire, pani ginekolog!
-Och, dobry wieczór! - powiedziałam.
-Totalnie o tym zapomniałam. Kiedy chciałabyś wpaść do szpitala na USG? Mogę zaproponować wtorek, ewentualnie poniedziałek.
-Wtorek będzie dobry. Dziękuję!
-Ja również.
-Jak tam mój brat?
-Och. Znaczy... nie wiem, czy można powiedzieć, że sie
się lubimy...

Od autorki:


Czalendż wpis na fonie zrobiony! Uff. Tyle tych wątków, że zaraz się posram no. Czekam na Kopciucha z Richardem Maddenem. Total Maddman. I na IEM w sobotkę (^.^) Ech, na razie kończę, branoc 💖

Alayne 💗

niedziela, 1 marca 2015

Chapter III - Thomas

Patrzyłem na nią ze zdziwieniem. Co prawda, często służyłem jako taksówkarz, ale tylko, gdy ktoś mieszkał poza Londynem, a wtedy? Dziewczyna mieszkała dosłownie kilka stacji na północ, a mimo to miałem ją podwozić.
-Emm... Trochę mi się śpieszy... - wymamrotałem, drapiąc się za uchem. 
-Widzisz? - rzekła rudowłosa lekarka. - Nie potrzebuję podwózki. 
-On i tak cię podwiezie. - zaprzeczyła moja siostra. 
Popatrzyłem na nią ze złością w oczach. Chciałem mieć Ib już za sobą, a tu jeszcze wyskakuje mi jakaś ruda z potrzebą podwózki. Założyłem płaszcz i buty i zanim się obejrzałem, dziewczyna była już ubrana w swój okropnie długi, czarny płaszcz, w którym praktycznie tonęła. Szalikiem zasłoniła podbródek i uśmiechnęła się. Stuknęła obcasami kozaków i odgarnęła włosy.
-Dobra, chodźmy. - powiedziałem. - Zamkniesz? 
-Jasne! - krzyknęła Aiko.
Pozwoliłem rudowłosej wyjść jako pierwsza i podążyłem za nią. Siostra zamknęła za mną drzwi.
-Dziękuję. - wymamrotała. - Naprawdę.
-Nie ma za co. - odpowiedziałem.
Poszedłem dalej, a ona jak na rozkaz nie ustępowała mi kroku. Zeszliśmy po schodach. Po drodze spotkaliśmy Lauren, moją kolejną siostrę.
-Thomas! - zawołała i rzuciła mi się w ramiona. 
-Hej, siostra. Jak tam? 
-Dobrze, idę do was. A ty wychodzisz? Och, dobry wieczór! - rzekła i spojrzała w stronę dziewczyny.
-Dobry wieczór, Lauren. - odrzekła.
-Znasz ją? - zapytałem zaciekawiony. 
-Doktor Rutherford? Oczywiście! A co robisz z nią? 
-Odwożę. - westchnąłem. - I jadę do Ib.
-Aiko ci kazała? - spytała, chichocząc.
-Taa... Ale chyba nie zajmie to długo. - powiedziałem, zerkając na dziewczynę. Zauważyłem, że również na mnie zerka i uśmiecha się. - W takim razie my już pójdziemy.
-Mhm-hm! Do zobaczenia! Do widzenia!
Kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy dalej, w stronę mojego srebrnego Forda. Otworzyłem drzwi i pozwoliłem jej wejść. Usadowiła się i patrzyła cały czas na mnie. Jak wchodzę do auta, jak siadam. Jakby cały czas chciała się o coś spytać, ale nie była pewna, czy ma to jakikolwiek sens. Od czasu do czasu patrzyła się na mnie, ale po chwili odwracała wzrok. Może i była trochę nieśmiała, nawet, jeżeli na to nie wyglądało.
Spojrzałem na nią na krótką chwilę. Obgryzała paznokcie i zgrzytała zębami, jakby w samochodzie było jej tak zimno, że zaraz by zamarzła. Martwiłem się, że zaraz zemdleje.
-Zimno ci? - zapytałem z przerażeniem.
Spojrzała na mnie z drżącymi dłońmi.
-Nie... wszy... wszystko w porządku. - odpowiedziała, jąkając się z zimna.
Pokręciłem głową. Zdjąłem mój płaszcz i zakryłem ją nim. Zerknęła na mnie ze zdziwieniem, na co się uśmiechnąłem kącikiem ust.
-O to cały czas chciałaś zapytać? - spytałem z przekonaniem.
-Nie. - powiedziała. - Nie o to.
Wytrzeszczyłem oczy z zaskoczenia. Chciała jednak coś wydusić z siebie.
-W takim razie o co chodziło? - powiedziałem, kładąc dłoń na kierownicy i patrząc na jej ogniście rude, wręcz czerwone włosy.
-Chodzi o twoją siostrę. Nie możesz być teraz dla niej zmartwieniem. Dobrze ci się układa z tą... no... twoją dziewczyną?
Nagle stała się bardzo rozmowna. Skąd wiedziała, o co martwiła się Aiko? Po co zadawała wszystkie te pytania i mieszała się w moje życie prywatne?
-Chyba tak. Chodzimy ze sobą od roku... - powiedziałem, ale nie zdążyłem skończyć, bo bezczelnie mi przerwała:
-NIE PYTAM O TO! - wrzasnęła, na co lekko odskoczyłem. - PYTAM, CZY JĄ KOCHASZ!
-Dziewczyno, opanuj się! Spokojnie! - powiedziałem.
Wzięła kilka głębokich oddechów i przeprosiła za swoje zachowanie. Byłem nim lekko zszokowany, bo na początku była taka spokojna i opanowana... A wtedy? Jakby nagle diabeł ją opętał.
Nie miałem ochoty zbytnio już z nią rozmawiać. Przerażała mnie, a wcześniej wydawała się być... Nieważne. Przypominała mi kogoś, tyle.
Włączyłem radio, żeby nie panowała cały czas okropna, niezręczna cisza. Jednak i tak nie mogłem się powstrzymywać od patrzenia na jej zmartwioną, zawstydzoną twarz. Starała się na mnie nie patrzeć, ale od czasu do czasu czułem jej wzrok. To było dość dziwne. Zupełnie jakby jej zmysły były dla mnie przewidywalne.
-Nie zrobiłaś nic złego. -wymamrotałem do siebie, kiedy dojechaliśmy.
Powiedziałem to tak cicho, że sam siebie ledwo słyszałem, ale mimo to ona odpowiedziała:
-Naprawdę?
Byłem zdziwiony. Jakim cudem ona to usłyszała? Co było z nią nie tak?

Od autorki:

 Yay! Kolejny rozdział dodany! Tym razem zabrałam się za pisanie z perspektywy innego bohatera - Thomasa. Nie jestem pewna, czy będę pisać jeszcze z innych stron, czy tylko tej dwójki, więc nic nie obiecuję. Jak widzicie - coś się zaczyna dziać, nie powiedziałabym, czy coś dobrego.  Można się oczywiście skapnąć, że pomiędzy niektórymi postaciami jest chemia, a pomiędzy innymi coś więcej. Claire robi się bardziej tajemnicza i kryje kilka tajemnic, o których wie tylko ona. Nie jest święta. Ostrzegam. Będzie badass. Chyba połowa komentarzy będzie miała treść: "Wyczuwam shipa". Powiem tyle: może i macie rację. Ale nie, nie, nie! Ja zmieniam historię pochodzącą z Krainy Santoro's. Nie spodziewajcie się, że wszystko będzie tak piękne i idealne jak tam. Teraz jesteśmy w Londynie, w mieście, gdzie wszystko może się zdarzyć. I wcale nie muszą być to rzeczy, które komukolwiek będą się podobały. Nawet mi. Ta historia nie jest zbudowana na Kopciuszku. Oj nie xD 

Alayne =^.^=